Jednak w przeciwieństwie do dopłat w programie "Rodzina na swoim" te trzeba będzie zwrócić - czytamy w "Gazecie Wyborczej". Na razie 99 proc. klientów banków, którzy w ostatnich latach zaciągnęli kredyty na własne mieszkania, sumiennie je spłacają. Na koniec marca łączna wartość kredytów mieszkaniowych, które banki zaliczają do zagrożonych, nieznacznie przekroczyła 2,3 mld zł.
To mniej niż jedna trzecia wartości zaległych pożyczek gotówkowych. Bankowcy wychwalają klientów za sumienność w spłacaniu kredytów hipotecznych. - Zaległości powyżej 90 dni nie przekraczają 0,7 proc. wartości całego portfela.
Ale jeśli przyjrzymy się dokładniej statystykom, widać, że problem niespłacanych kredytów hipotecznych zaczyna narastać jak śnieżna kula. Coraz więcej Polaków spóźnia się ze spłacaniem rat: od miesiąca do trzech spóźniamy się z uregulowaniem już 4,1 mld zł. To dwa razy więcej niż jeszcze latem ubiegłego roku - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
W piątek Sejm niemal jednogłośnie uchwalił ustawę o pomocy państwa w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych udzielonych osobom, które utraciły pracę. Wprawdzie musi ją jeszcze przyjąć Senat oraz podpisać prezydent, jednak najpewniej będzie to tylko zwykła formalność. A wziąwszy pod uwagę 14-dniowy okres vacatio legis, można przyjąć, że ustawa zacznie obowiązywać w sierpniu.
Kredytobiorca, który zostanie zwolniony z pracy, będzie musiał zarejestrować się w powiatowym urzędzie pracy - uzyskać status bezrobotnego i prawo do zasiłku. Natomiast nie mają co liczyć na pomoc ci kredytobiorcy, którzy zostali zwolnieni z pracy dyscyplinarnie lub sami z niej zrezygnowali.
Zgodnie z ustawą to, czy dostaniemy pomoc, ani jej wysokość, nie będzie zależało od dochodów rodziny. Co ważne, jeśli pracę straci tylko jedno z małżonków, a mieszkanie kupione na kredyt jest ich wspólną własnością - i tak dostaną dopłatę. To rozwiązanie krytykowali w Sejmie posłowie PiS i Lewicy.
Wypłacanie pomocy będzie trwało najwyżej 12 miesięcy. Oczywiście ten, kto znajdzie pracę wcześniej, już dopłaty nie dostanie. Kredytobiorca nie dostanie tych pieniędzy do ręki. Na konto banku, w którym zaciągnął kredyt, przeleje je Bank Gospodarstwa Krajowego - pieniądze przekaże mu Fundusz Pracy.
W resorcie pracy policzono, że w ciągu trzech lat dopłaty pochłoną blisko 440 mln zł. Wrócą one jednak do budżetu, bo zgodnie z ustawą dopłaty trzeba będzie zwrócić w ciągu ośmiu lat - po dwóch latach karencji (w tym czasie nie będzie trzeba oddawać pieniędzy) - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
Niespłacenie kredytu mieszkaniowego prędzej czy później grozi utratą nieruchomości, ale bankom nie zależy na stosowaniu represji, dla nich ważniejsza jest dobra reputacja. Gdy klient zgłasza problem ze spłatą kredytu, banki szukają rozwiązania, proponując m.in. obniżenie miesięcznych rat dzięki wydłużeniu okresu kredytowania.
Inną drogą wyjścia z kłopotów jest czasowe zawieszenie spłaty kapitału (w tym czasie kredytobiorca spłaca tylko odsetki). Bank może też zaproponować restrukturyzację zadłużenia polegającą m.in. na ustaleniu wysokości rat w zależności od możliwości finansowych kredytobiorcy.
Więcej w "Gazecie Wyborczej".
źródło: www.wealth.pl