http://herodot.salon24.pl/14093,index.html
Przedruk fragmentu bloga doradcy finansowego
odsłaniającego kulisy pracy w tym zawodzie
Doradcy
finansowi a sprzedaż produktów inwestycyjnych
[15.05.2007] Zainspirowany artykułem "Doradcy
finansowi liczą za nas" Grzegorza
Zalewskiego postanowiłem coś dopisać na ten temat. Zacznę może
od tego że sam jestem doradcą finansowym i sam tego typu produkty
finansowe sprzedawałem. Faktycznie nie kruszyłbym kopii o "końcówki ",
o skrupulatne wyliczanie możliwej stopy zwrotu gdyż takie obliczenia
w perspektywie 15-30 lat mają więcej wspólnego z myśleniem
życzeniowym niż realną prognozą. I przynajmniej w tym przypadku
nie chodzi tu o brak kompetencji.
Nauczyłem się, że rynki kapitałowe, gospodarka w skali makro
to systemy tak złożone, że prognozy na dalej niż 5-6 lat to
w dużej mierze fantastyka naukowa którą poszczególni "eksperci " rozwijają
swobodnie zgodnie ze swoją intuicją zawodową.
Produkty inwestycyjne sprzedawane przez firmy
doradztwa finansowego są bardziej niebezpieczne. Przede wszystkim
na ogół to tzw.
fundusze inwestycyjne "opakowane" w polisę ubezpieczeniową.
De facto kupujemy ubezpieczenie z możliwością zadecydowania
w jaki pakiet funduszy nasze składki będą inwestowane nasze
składki. Największe zagrożenie stanowi tu regulamin wyjścia
z tego typu produktów. Niekiedy, jeśli nie przyjrzymy się dokładnie
zasadom, możemy być zobligowani do regularnego wpłacania składek
przez wiele lat bez względu na naszą sytuację finansową. Jeśli
nie wpłacimy choć jednej składki to program ulega zerwaniu
i grozi to nam utratą sporej części zebranego kapitału i już
zarobionych pieniędzy. Dla wielu ludzi, zwłaszcza dla drobnych
przedsiębiorców którzy starają się płacić jak najmniej na ZUS
( i słusznie ) takie rozwiązanie jest dobrym pomysłem na zabezpieczenie
swojej starości. Niestety te produkty są sprzedawane jako doskonałe
i rewelacyjne rozwiązanie dla wszystkich. W dodatku Open Finance
sprzedaje to jako połączenie z kredytem hipotecznym. Klient
dowiaduje się, że dzięki niedużej kwocie inwestowanej w fundusze
zmniejsza koszt kredytu w skali 15-30 lat. To prawda ale...
nie cała. W praktyce obciążenia klienta są wyższe. Oprócz raty
kredytu płaci jeszcze składkę inwestycyjną ( ubezpieczeniową)
i są poważne ograniczenia aby mógł się z tego wycofać. Owszem,
dzięki inwestowanym środkom klient może spłacić taki kredyt
szybciej jednak aby do tego doszło potrzebny jest dłuższy horyzont
czasowy, w praktyce min. 15-20 lat. Czyli przez tyle czasu
mamy wyższe obciążenia. Gdzie tkwi niebezpieczeństwo? Ano w
tym, że spora część kredytów hipotecznych dla osób fizycznych
jest udzielana na granicy zdolności kredytowej a tym ludziom
dodatkowo sprzedaje się coś co będzie dla nich dodatkowym obciążeniem
z perspektywą na min. 15 lat.
Sam regulamin tzw. OWU ( ogólne warunki ubezpieczeniowe)
to istna dżungla zawiłych zapisów. Pomimo, że swego czasu "przeryłem" się
przez Kanta, Hegla, Husserla... to przy tym tekście wymiękam...
No wygląda na to, że jeszcze nie osiągnąłem poziomu intelektualnego
twórców tego OWU... Jedyna nadzieja, że przygotowywana nowelizacja
prawa ubezpieczeniowego położy kres tego typu praktykom "literackim " towarzystw
ubezpieczeniowych.
Tak, choć sam jestem doradcą to muszę przyznać
rację Panu Grzegorzowi Zalewskiemu. Na ogół poziom wiedzy z
zakresu rynków
kapitałowych jest żenująco niski. Wynika to z prostej przyczyny.
Przy rekrutacji doradców finansowych głównym kryterium nie
jest ich doświadczenie zawodowe i nabyta wiedza ale czy są
dobrymi sprzedawcami. Liczą się głównie ich zdolności sprzedażowe
a nie merytoryczne. Szefowie takich firm wychodzą z założenia,
że krótkie przeszkolenie wystarczy. I... na ogół wystarcza.
Dlaczego? Odpowiedź tkwi w mentalności klientów. Kiedy przychodzili
do mnie klienci nie interesowały ich fakty. Nie chcieli ode
mnie usłyszeć wykładu o cyklach, koniunkturach, analizie fundamentalnej
i technicznej..."Panie! Ile ja zarobię?" To było
jedyne pytanie które interesowało na ogół klientów. Chcieli
jasnych odpowiedzi. Bezpiecznych i pewnych, w stylu "tak
proszę Pana, zarobi Pan 15-20% rocznie przez następne 15- 20
lat ". Takich odpowiedzi oczekują, jeśli ich nie dostaną
idą tam gdzie to usłyszą. Ostatnia afera z Interbrok Investment
jest tego pięknym przykładem. Dowodzi także tego, że nie ma
tu znaczenia pozycja społeczna, wykształcenie i wysokość inwestowanych
kwot. Ileż to razy przychodzili do mnie ludzie z niewielkimi
kwotami, niekiedy dorobkiem całego życia. "Ja chciałbym
w te fundusze azjatyckie..., co zarabiają po 80-90% rocznie" Podstawowe
pytanie doradcy (a przynajmniej takie powinno być) A czy już
Pan kiedyś w coś inwestował? Nie. To są wszystkie Pana oszczędności?
Tak. Po krótkiej rozmowie, kiedy starałem się klientowi wytłumaczyć
jak nierozważne będzie to posunięcie klient wychodził obrażony
i przeświadczony że próbuję go naciągnąć, bo przecież tyle
słyszał że inni zarobili po 100% rocznie i więcej.
Jest w naszym kraju instytucja Doradcy Inwestycyjnego.
Aby uzyskać taką licencję trzeba przejść bardzo trudny egzamin.
Liczba ludzi mogących pochwalić się taką licencją nie przekracza
300 osób. I w tym tkwi problem. W Polsce zapotrzebowanie na
profesjonalnych doradców inwestycyjnych jest bardzo duże ale
niekoniecznie z aż tak dużą wiedzą. Być może warto byłoby wprowadzić
egzamin z dwoma stopniami. Jakimś podstawowym i rozszerzonym.
W codziennej pracy z klientami wiedza jaką posiada Doradca
Inwestycyjny jest zbyteczna. Natomiast faktycznie należałoby
w jakiś sposób zapanować nad sytuacją w której ludzie czasem
nie odróżniający akcji od obligacji ( i to nie były przypadki
odosobnione!) zajmują się sprzedażą produktów inwestycyjnych.
Inna
rzecz, że wcale nie lepiej wygląda sytuacja w bankach.
Doskonale pamiętam jak cały nasz oddział swego czasu oferował
jedną określoną lokatę bo akurat region musiał wykonać plan
sprzedażowy związany z tym produktem. W bankach sytuacja wygląda
jeszcze gorzej. Mimo wszystko doradcy finansowi mają jakieś
pole manewru. Mogą oferować kilka produktów z różnych instytucji
finansowych. W banku można było otrzymać gruntowny "opr" od
dyrektora za to, że sprzedało się klientowi nie ten produkt
który akurat był potrzebny do planu. Zaspakajanie tzw. "potrzeb
klientów" w bankach to bujda porównywalna tylko do teorii "kanałów" na
Marsie. Kto pracował choć trochę w dowolnym banku wie doskonale
jak to wygląda w praktyce, ale to już temat na osobny tekst.
>>> POWRÓT
do informacji o doradcach finansowych