Kilka jaskółek końca
hossy
[11.08.2007] Każda hossa ma swój koniec, niezależnie
czy mowa jest o cenach akcji, mieszkań, ropy naftowej, tulipanów
bądź kauczuku. Rynki
finansowe mają za sobą 4 lata globalnej hossy o olbrzymiej
dynamice nakręconej w bezprecedensowej skali przez epokę niskich
stóp procentowych i wzrost apetytu na ryzyko. W kontekście
ostatnich turbulencji rodzi się więc bardzo ważne pytanie:
jak z bezkresnego gąszczu informacji wyłowić najbardziej wiarygodne
sygnały świadczące o nadchodzącej lub trwającej zmianie trendu?
Niestety zdiagnozowanie momentu przejścia rynku z byczego
na niedźwiedzi jest niemożliwe na bieżąco, lecz dopiero z pewnym
opóźnieniem, gdy notowania zdążą już przebyć pewien dystans
po równi pochyłej. Odwracanie kilkuletniego trendu to proces
rozłożony w czasie, gdyż czasu tego wymaga krystalizacja nowych,
trwałych i odwrotnych do dotychczasowych tendencji w koniunkturze
gospodarczej. Diagnozę mocno utrudnia specyfika obecnego cyklu,
wypaczonego przez gigantyczną nadpłynność, wykreowaną wskutek
utrzymywanych latami zbyt niskich stóp procentowych w Japonii
i USA. Za sprawą tej nadpłynności połączonej z manią spekulacji
na wszystkich klasach aktywów wyceny giełdowe często przestały
odzwierciedlać rzeczywiste procesy makroekonomiczne zachodzące
w całym systemie.
Zerwanie klasycznej reguły synchronizacji, wedle której to
giełdy powinny wyprzedzać realne zjawiska gospodarcze, doprowadziło
w ostatnich kwartałach do deformacji obrazu rynków finansowych.
Wystarczy za sztandarowy przykład wziąć uparte, półtoraroczne
ignorowanie przez giełdy w USA zagrożenia osłabieniem tamtejszej
gospodarki. Dynamika PKB gwałtownie maleje od początku 2006
r., schodząc z ok. 5 proc. niemal do zera wiosną br. Równolegle
indeksy rosły beztrosko w najlepsze. Teraz amerykańskie parkiety
wybudzają się z rozkosznego letargu i muszą się zmierzyć z
tą nową nieprzyjemną rzeczywistością, gdyż nie można w nieskończoność
negować elementarnych zasad ekonomii.
Dodatnia korelacja dynamiki PKB z kursami akcji jest w dłuższym
terminie oczywista dla każdego, zatem kwestią czasu pozostaje
dostosowanie się giełdy w USA do tej zależności. Ogólnie rzecz
biorąc, na przestrzeni ostatnich kwartałów miała miejsce ostentacyjna
ignorancja złych wiadomości przez parkiety światowe (słabnący
wzrost gospodarczy USA, osłabienie na rynku nieruchomości przeradzające
się w zapaść, nawis złych kredytów, wysokie ceny surowców,
zagrożenia inflacyjne, gigantyczna nierównowaga handlowa między
głównymi mocarstwami, chiński przedolimpijski balon gospodarczy,
kryzysy geopolityczne).
Spróbujmy jednak poszukać mniej popularnych czynników, które
mogą się okazać bardzo pomocne w wykryciu nowych, długofalowych
tendencji, świadczących w tym kontekście o możliwym definitywnym
końcu globalnej hossy. Dwa pierwsze czynniki mają charakter
globalny, natomiast dwa ostatnie - lokalny, polski.
Mania fuzji i przejęć
Po 7 latach historia się powtarza. Od kilku kwartałów rynkowa
atmosfera silnie podgrzewana jest przez zapowiedzi gigantycznych
fuzji opiewających na dziesiątki miliardów dolarów. Po tłustych
latach wzrostowego cyklu korporacje ociekają kapitałem, który
chcą przeznaczyć na akwizycje bądź połączenia celem wzmocnienia
swojej pozycji. Często te wykupy niedawnych rywali są potężnie
lewarowane za sprawą emisji długu (z ang. leveraged buyouts,
LBO), przy czym niemałą rolę odgrywają podmioty private equity.
Banki inwestycyjne mają pełne ręce roboty, a każda zapowiedź
korporacyjnego mariażu rodzi spekulacje o następnych. Dochodzi
do irracjonalnego euforycznego polowania na akcje spółek mogących
stać się obiektami przejęć. To napędza ceny szerokiego rynku,
który żyje od fuzji i plotek do następnych pogłosek i aliansów.
Skutkiem tego indeksy właściwie bez korekty puchły karmione
tym fuzyjno-przejęciowym sterydem, typowym dla schyłku cyklu.
Przypomnijmy kilka megaofert z ostatnich miesięcy. Wyścig
o przejęcie paneuropejskiej grupy bankowej ABN Amro pomiędzy
konsorcjum trzech banków (m. in. Royal Bank of Scotland) a
bankiem Barclays nadmuchał wartość ewentualnego przejęcia do
98,5 mld dolarów, zaś cena akcji samego ABN w 2007 r. skoczyła
o połowę. Walka jest wciąż nierozstrzygnięta. Tymczasem zysk
przejmowanego konglomeratu za II kwartał spadł o 7 proc. wobec
analogicznego kwartału rok wcześniej. Potentat wydobywczy Rio
Tinto przebił ofertę Alcoa, podbijając stawkę do 38 mld dol.
za kanadyjskiego producenta aluminium, Alcan. Oferta grupy
private equity KKR za First Data opiewa na 26 mld dolarów.
I tak dalej...
Globalna wartość fuzji i przejęć przekroczyła w 2006 r. 3,5
bln USD, przebijając rekordowy wynik 3,4 bln z 2000 r., a w
bieżącym roku może to być jeszcze o kilka procent więcej. Duża
część niezbędnych funduszy pochodzi z wielkich kredytów oferowanych
przez wiodące banki. Instytucje te wręcz rywalizowały o korporacyjnych
klientów, luzując reguły zarządzania ryzykiem.
Aż tu nagle w połowie bieżącego roku maszynka się zacięła.
Wskutek opisanej niżej zapaści w segmencie amerykańskich kredytów
hipotecznych niskiej jakości inwestorzy zaczęli unikać instrumentów
opartych na długu korporacyjnym. Banki inwestycyjne mają coraz
większe problemy z "odbiciem" ryzyka do klientów
detalicznych, przez co ryzyko transakcji zalega w ich bilansach.
Pojawiają się więc problemy z dopięciem kolejnych fuzji z racji
braku środków pozyskiwanych z lewarowania. Według doniesień
Barings Asset Management z 4 sierpnia 2007, w ciągu ostatnich
sześciu tygodni zaniechano bądź odroczono 46 lewarowanych przejęć,
wymagających uplasowania 60 mld dolarów długu na finalizację
tych operacji. Wizja wielu fuzji się oddala, zatem z cen nadętych
przez plotki szybko uchodzi powietrze.
Gwałtowne nadejście posuchy w segmencie fuzji i przejęć w
samym szczycie sezonu takiej działalności stanowi jeden z bardziej
nieomylnych sygnałów końca wzrostowej części całego cyklu.
Zapaść w nieruchomościach USA, awersja do
ryzyka, carry trade i wzrost zmienności
Wydawałoby się, że są to niezwiązane ze sobą hasła, jednak
nic bardziej mylnego. Wskutek globalizacji system naczyń połączonych
zakorzenił się na tyle głęboko w dynamice rynków finansowych,
że problemy w jednym, pozornie odizolowanym segmencie rynku
są w stanie wywołać reakcję łańcuchową, chwiejąc całym systemem
finansowym.
Już w połowie 2005 r. zaczęły napływać groźne sygnały, wskazujące
na realną możliwość pęknięcia spekulacyjnej bańki na cenach
amerykańskich nieruchomości. Sterydem windującym ceny tamtych
domów były w dużej mierze kredyty hipoteczne przyznawane masowo
ludziom o wątpliwej jakości kredytowej (subprime loans). Ich
zabezpieczeniem miały być domy mające przecież w zgodnej, stadnej
opinii wiecznie drożeć. Na hamujące (obecnie już spadające)
ceny domów nałożyły się rosnące koszty życia (hossa na surowcach
przemysłowych i rolnych, podwyżki stóp proc.), pojawiły się
zaległości w spłacie rat i wreszcie bankowe egzekucje długu
poprzez zajęcie nieruchomości (foreclosures). Wygląda na to,
że problem ten nie ma charakteru autonomicznego i rozlewa się
na kredyty o wyższej jakości. Ceny domów w USA spadły w skali
ostatniego roku średnio o kilka procent. Słabnie przez to amerykańska
konsumpcja (generująca dwie trzecie tamtejszego PKB), gdyż
droga do nowych kredytów zostaje odcięta, a zyski z drożejących
nieruchomości zostały przejedzone. Wypada dodać, że przesilenie
na rynku nieruchomości zaczęło się także w Hiszpanii, Irlandii,
Nowej Zelandii, czeka to też rynek brytyjski oraz najpóźniej
za kilka lat - mimo panującego medialnego szumu - rynek polski.
Potężne przegrzanie i to na całej linii wisi także nad 1,5-miliardowym
rynkiem chińskim.
Gwałtowny spadek cen derywatów typu CDO, opartych na kredytach
hipotecznych wygenerował straty w licznych funduszach hedgingowych.
Najgłośniejszym przykładem jest niedawne bankructwo dwóch takich
funduszy zarządzanych przez bank Bear Sterns (ok. 2 mld dolarów
strat). Notowania tego banku i innych tuzów sektora finansowego
spadły już o ok. 20 proc., gdyż rynek w swojej nieufności bezlitośnie
stosuje odpowiedzialność zbiorową.
Nagle wzrosła niechęć do segmentu długu korporacyjnego, co
widać po szybujących cenach credit default swaps (CDS) - instrumentów
pochodnych zabezpieczających przed niewypłacalnością firm.
Ubocznym skutkiem jest omówiony zastój w fuzjach i przejęciach.
Pęczniejące straty z ryzykownych kredytów podkopują zaufanie
do amerykańskiego sektora finansowego w ogóle, a wiadomo że
przysłowiowe kichnięcie Ameryki władne jest wywołać grypę u
całego świata finansów. Wzrasta awersja do ryzyka, cechująca
się równoległym wzrostem zmienności notowań giełdowych oraz
ucieczką do bezpiecznych instrumentów (obligacje państwowe
o najwyższych ratingach). Żąda się wyższej premii za ryzyko,
którego istnienie dotychczas było dosłownie negowane. Ograniczane
są inwestycje w aktywa emerging markets, do których należy
także Polska.
W chwilach zwiększonej niepewności pospiesznie zamykane są
operacje typu carry trade, finansowane m. in. tanim kredytem
w japońskiej walucie. Tu i ówdzie odświeża się otulone woalem
zapomnienia turbulencje z 1998 r. z bankructwem funduszu LTCM
na czele, zatopionego właśnie przez silny wzrost jena do dolara.
Obecnie implikowana zmienność z opcji na kurs wymiany USD/JPY
jest najwyższa od roku, co świadczy o panującej nerwowości.
Opisany system naczyń połączonych dziś drży w posadach, czytelnie
wskazując, że kończy się czas negowania złych scenariuszy w
wycenach akcji. Krótkie trzęsienie było już pod koniec lutego
(tąpnięcie giełd chińskich), ale wówczas jeszcze na kilka miesięcy
odroczono wyrok, dalej grając na spadek jena i lewarując ryzykowne
transakcje. Wyjątkowość obecnego cyklu z całymi tego negatywnymi
konsekwencjami tkwi w wykorzystaniu instrumentów pochodnych
na bezprecedensową skalę. Dla przykładu, ocenia się, że: wartość
wspomnianego segmentu kredytów klasy subprime w samych USA
sięga 300 mld dolarów; globalna wartość inwestycji w funduszach
hedgingowych sięga 2 bln dolarów (trudno o precyzyjne szacunki).
Równoczesne występowanie tych zjawisk oraz coraz częstsze
silnie spadkowe sesje w USA stanowią znak czasu, bardzo uprawdopodobniając
koniec 4-letniej hossy. Należy też pamiętać o systematycznie
podwyższanych stopach procentowych w głównych gospodarkach,
co wysysa nadpłynność z całego systemu. A to przecież ta ogromna
nadpłynność stoi za dyktatorskimi poczynaniami popytowej strony
rynku, oderwanymi od czynników ryzyka.
Ponadto sama analiza techniczna wykresów głównych indeksów
nie nasuwa pozytywnych wniosków co do dalszego trwania hossy.
Utrzymujące się wielotygodniowe negatywne dywergencje w połączeniu
z nabrzmiałymi od kilku miesięcy dystrybucyjnymi formacjami
wierzchołkowymi (wspaniale widocznymi m. in. na indeksach:
WIG20, S&P500, IBEX35, FTSE250) u wielu inwestorów mogą
wzbudzić poczucie lęku wysokości, a już na pewno powinny wzmóc
czujność, gdyż potencjał spadku jest naprawdę duży.
Na końcu każdej hossy ma miejsce wyniszczająca nerwy, dość
szeroka konsolidacja indeksów z potężną zmiennością. Rynkowe
emocje falują wówczas sinusoidalnie od chwilowej euforii po
skrajne przygnębienie, często w trakcie pojedynczych sesji.
Tak wyglądało przedwiośnie 2000 r. Bardzo podobnie zaczyna
wyglądać środek bieżącego sezonu wakacyjnego. Na przykładzie
USA widać jak z dnia na dzień lęk przed pękającą bańką złych
kredytów ustępuje radosnemu wyczekiwaniu na ratunkową obniżkę
stóp procentowych, po czym powraca ze zdwojoną siłą rażenia.
Wysyp ofert publicznych
Na początku sierpnia na warszawskim parkiecie zadebiutowała
42. spółka giełdowa w 2007 r., co jest wynikiem wyższym niż
ten osiągnięty w całym ubiegłym roku. Sięgające 99 procent
redukcje zapisów w ofertach publicznych wskazują, że kapitał
dostępny jest niemal na wyciągnięcie ręki. Wyniki finansowe
i perspektywy rozwoju emitentów akcji schodzą na plan dalszy,
gdyż atmosferę podgrzewają łatwo dostępne w biurach maklerskich "lewary" (zapisy
na akcje za pożyczoną przez bank kwotę wielokrotnie przewyższającą
wkład własny) oraz wyceny spółek często podkolorowane tak,
aby z zapasem przebić cenę emisyjną.
Ruch na rynku pierwotnym nieprzypadkowo nasila
się, gdy ceny są mocno wywindowane. Korzystanie z koniunktury
polega na uplasowaniu
nowych walorów po cenach możliwie najwyższych. A chętnych na
parkiet jest ostatnio więcej niż pod dostatkiem. Dlaczego akurat
teraz panuje taki ścisk - czyżby za miesiąc, kwartał, rok miało
być gorzej?...
Ostrzegawczą jaskółką jest niedawny słabiutki debiut spółki
deweloperskiej LC Corp., po którym niejeden ciułacz lizał rany
powiększone przez koszt obsługi rekordowego lewaru na zakup
akcji. Swoją drogą mało kto posiada równie perfekcyjne jak
Leszek Czarnecki wyczucie rynku i tzw. timing, czyli co i kiedy
kupić/sprzedać (upłynniając pakiet 106 mln akcji po cenie emisyjnej
6,5 zł zainkasował 580 mln zł). Nie mniej istotnym, choć na
razie odosobnionym sygnałem przyszłych problemów są fatalne
wyniki finansowe niedawnych debiutantów. Wystarczy wziąć za
przykład spółkę Toora, która straciła w II kwartale niemal
40 mln zł. Wartość rynkowa firmy spadła od debiutu już o 70
procent...
Rozbudzony apetyt inwestorów
Gdyby otwarto okna w siedzibach instytucji
finansowych oferujących jednostki TFI, tłum również waliłby
doń oknami. Trwające około
roku olbrzymie napływy gotówki do tych podmiotów wywindowały
kursy wielu spółek do absurdalnych poziomów. Przez długi czas
pożywką dla rodzącej się euforii były spoty reklamowe mamiące
wizją zysków rzędu kilkuset procent. Niestety zysków już historycznych.
Problem dostrzegły z opóźnieniem odpowiednie organy nadzoru,
które ukróciły te marketingowe praktyki obliczone na zryw wywołany
stadnymi instynktami. Mimo zniknięcia tychże reklam w czerwcu
odnotowano rekordowy napływ środków i to głównie w najbardziej
agresywne fundusze akcji.
W ramach ogólnej manii inwestowania
głównie w fundusze małych i średnich spółek (vide: hiperboliczny
kształt wykresów mWIG40
i sWIG80) bujnie rozkwitła mania kupowania spółek budowlanych
i deweloperskich. Atmosferę podkręcił nabrzmiały balon spekulacyjny
na nieruchomościach w głównych polskich aglomeracjach (deweloperzy)
oraz euforia po zwycięstwie w batalii o Euro2012 (spółki
budowlane). Tak jak na przełomie tysiącleci ośrodki doradcze
masowo rekomendowały
kupno akcji spółek sektora IT, obecnie było prześciganie
się z zaleceniami kupna deweloperów z coraz bardziej horrendalnymi
cenami docelowymi. Tymczasem galopada cen mieszkań ustała,
a na jaw zaczęły wychodzić kryminalne praktyki wielu pazernych
przedsiębiorstw tytułujących się deweloperami (jak choćby
unieważnianie
starych umów kupna lokali celem ponownej ich odsprzedaży
po wyższej cenie). Tego typu wynaturzenia mają miejsce u schyłku
każdej manii.
Znakiem czasu było wprowadzenie nowego subindeksu, WIG-Deweloperzy
18 czerwca 2007 r. (podobnie jak pod koniec 1999 r. indeksu
TECHWIG). Niemal w tej samej chwili spółki z tej branży zaczęły
parzyć inwestorów, co widać po spadku tego subindeksu o 19
proc. w samym tylko lipcu.
Nigdy rynkowi dobrze nie wróży sytuacja, w której my sami,
większość naszej rodziny bądź znajomych, sąsiad czy nawet pies
koleżanki sąsiada, posiadają od niedawna tudzież planują kupić
akcje lub jednostki agresywnych funduszy inwestycyjnych. O
akcjach mówi się dziś na ulicy, w tramwajach, przy okazji spotkań
towarzyskich oraz podczas urlopów. Liczy się przyszłe zyski,
co najmniej tak wysokie jak te historyczne, z akcji skazanych
na wieczną zwyżkę, ale de facto już nie do powtórzenia w bieżącej
dekadzie. Pokrewnym syndromem są masowo odżywające indywidualne
rachunki maklerskie. Wszystko to się odbywa w atmosferze ogólnego
szumu i ekscytacji, tymczasem zapowiadanego rok temu na jednym
z portali tematycznych poziomu 4000 pkt na indeksie WIG20 jak
nie było, tak nie ma. To są właśnie cyklicznie powtarzalne
zachowania, które ponadczasowo towarzyszą kształtowaniu się
punktów zwrotnych.
Nie do przecenienia w skali całego rynku jest analiza zaangażowania
funduszy OFE na rynku akcji. Zaangażowanie to systematycznie
rosło zgodnie ze wzrostowym trendem. Od późnej wiosny udział
akcji w portfelach tych instytucji zaczął balansować na krawędzi
ustawowego limitu 40 proc., przez co musiały one przystopować
z zakupami. Ze względu na krótką historię rodzimego rynku kapitałowego
pozostaje znów odnieść się do analogii z przełomu 1999/2000.
U szczytu internetowej bańki wartościowy udział akcji na rachunkach
OFE ogółem dochodził do 37 proc., po czym zaczął spadać wraz
z nastaniem bessy. Jak widać obecnie sprężyna nakręcona jest
jeszcze bardziej, a wkrótce na emeryturę zaczną przechodzić
pierwsze roczniki powojennego wyżu demograficznego, dobrowolnie
objęte II filarem (na szczęście dla rynku jeszcze dość nielicznie,
prawdziwy problem będzie za kilkanaście lat).
Podobnym ostrzegawczym miernikiem jest comiesięczne saldo
przepływów gotówki między funduszami inwestycyjnymi a ich klientami.
Od kilku miesięcy napływy nowych środków do TFI znacznie dominowały
nad umorzeniami. Powtórzmy, że rekordowy zastrzyk pieniędzy
zanotowano w czerwcu i to właśnie w najbardziej agresywne fundusze
akcji. Tymczasem już od kilku miesięcy liczne indeksy giełdowe
(w tym polskie) wytraciły dynamikę wzrostu i przeszły do kreślenia
niebezpiecznej konsolidacji pachnącej dystrybucją i możliwością
zmiany trendu. Nawis podażowy ze strony chętnych do upłynnienia
inwestycji wciąż się powiększa, niosąc ryzyko realnego załamania
kursów. Załamanie to przychodzi nieoczekiwanie w momencie gdy
akcje i agresywne fundusze zaczną nagle większość graczy parzyć
w ręce. Wówczas działa psychologia tłumu i wahadło wychyla
się w drugą stronę, prowokując masową ewakuację z rynku i wpędzając
kursy na równię pochyłą.
Co robić?
Nie ma nieomylnych, stuprocentowo pewnych sygnałów końca hossy
czy bessy, pozwalających oddzielić ostrą linią rynek byka od
rynku niedźwiedzia. Moim zamiarem było naświetlenie kilku,
być może mniej znanych sygnałów, które można interpretować
jako znaki czasu wyczulające na mogące zachodzić przełomowe
rynkowe zmiany.
Co więc robić? Na pewno nie należy ani poddawać się zgubnym
falom emocji, ani pospiesznie likwidować posiadanego portfela
inwestycyjnego. Wskazane jest jednak bardziej krytyczne spojrzenie
na cały rynek, połączone z wyważoną oceną posiadanych akcji
czy jednostek funduszy. Lepiej darować sobie pseudowskazówki
od "życzliwych", aktywnych na rozemocjonowanych internetowych
forach inwestycyjnych. Bardzo słuszny jest osąd pewnego analityka
z poczytnego portalu giełdowego, że hossa zdemoralizowała znaczną
część inwestorów. Zapewne niemały procent świeżo upieczonych
inwestorów nigdy na własnej skórze nie doświadczył okresu dekoniunktury
i ich zachowanie może być naprawdę paniczne.
Oprócz analizy zasugerowanych czynników należy skupić się
na fundamentach spółek i branż, bo ostatecznie to one są podstawą
wyceny. Okresowa ignorancja wyników finansowych oraz perspektyw
przedsiębiorstw jest wynikiem opisanego wypaczenia rynku spowodowanego
występowaniem niebezpiecznej mody na stadną spekulację, mającą
coraz mniej wspólnego z inwestowaniem. Nie można bezkrytycznie
podążać za tłumem, bo niestety racja na ogół nie jest po stronie
większości. Myślę, że obecnie w odniesieniu do większości spółek
o strategii "kup i trzymaj" trzeba na dłuższy czas
zapomnieć.
Warto rozważyć rekonstrukcję portfela w kierunku zwiększenia
jego odporności na ewentualne straty wynikłe z nadejścia dłuższego
trendu spadkowego. Można tego dokonać na kilka sposobów:
* redukując zaangażowanie w najbardziej zmienne i spekulacyjne
spółki, zwłaszcza te, których ceny najmocniej oderwały się
od fundamentów;
* nabywając instrumenty pochodne generujące zyski podczas spadków (kontrakty
terminowe, opcje);
* inwestując w tzw. instrumenty strukturyzowane, które nie dość że mogą być
skrojone do indywidualnych potrzeb inwestora, to przy gwarancji zachowania
kapitału wejściowego mają potencjał osiągnięcia znacznych zysków niezależnie
od panującej koniunktury.
Dobrym uzupełnieniem powyższej lektury jest samodzielne przejrzenie
polskich i zagranicznych wykresów giełdowych i zdiagnozowanie
- bez emocji - miejsca, w którym znajdują się obecnie interesujące
nas indeksy lub ceny aktywów. I trzeba obalić jeden medialny
mit, jakoby bessa była dramatem pchającym wszystkich inwestorów
w coraz większe straty. Podczas bessy można zarabiać nie gorzej
niż w trakcie hossy, tyle że przy użyciu mniej standardowych
instrumentów.