Murray N. Rothbard
Tłum.: Witold Falkowski
Tekst oryginału Taking Money Back (pierw. opublikowany w "The Freeman" z
1995)
http://www.mises.org
Kliknij TUTAJ, aby zainwestować w złoto albo diamenty
Dlaczego pieniądz powinien być oparty na parytecie złota?
[19.11.2007] Pieniądz ma decydujący
wpływ na każdą gospodarkę i, co za tym idzie, na każde społeczeństwo.
Życie
społeczne opiera się
na systemie dobrowolnych wymian, który jest nazywany "gospodarką
wolnorynkową". Te wymiany wiążą się z podziałem pracy.
Producenci jajek, gwoździ, koni, tarcicy
oraz ci, którzy dostarczają usług niematerialnych, takich jak
nauczanie, opieka zdrowotna,
czy występy muzyczne, wymieniają między sobą produkty i usługi.
Na każdym etapie tej wymiany wszyscy jej uczestnicy odnoszą
olbrzymie korzyści, ponieważ gdyby każdy z nich miał być
samowystarczalny, to albo by nie przetrwał, albo by musiał
się zadowolić żałośnie
niskim standardem życia.
Bezpośrednia wymiana towarów i usług,
nazywana też "barterem",
jest, poza najbardziej prymitywnym poziomem rozwoju, bardzo
niewydajna. Wszystkie plemiona "pierwotne" szybko
odkrywały ogromne korzyści, jakie daje wybór jednego towaru,
na który jest ogólne zapotrzebowanie, i uczynienie go "pośrednikiem
wymiany". Jeżeli w danej społeczności jakiś towar jest
powszechnie stosowany jako towar pośredniczący w wymianie,
to nazywamy go "pieniądzem".
Towar-pieniądz staje się elementem wspólnym dla wszystkich
niezliczonych transakcji zawieranych w gospodarce rynkowej.
Jako nauczyciel sprzedaję za pieniądze swoje usługi; zarobionych
pieniędzy używam, żeby zapłacić za żywność, maszynę do pisania,
zakwaterowanie w czasie podróży. Z kolei producenci tych towarów
robią użytek z moich pieniędzy, płacąc swoim pracownikom, kupując
sprzęt i zapasy, opłacając czynsz za wynajęcie budynków. Dlatego
różne grupy stają wciąż na nowo wobec pokusy, żeby przejąć
kontrolę nad podażą pieniądza.
Jako pieniądza używano różnych użytecznych
towarów. W Afryce - soli, na Karaibach - cukru, w koloniach
w Nowej Anglii -
ryb, w koloniach regionu Chesapeake Bay - tytoniu. Pieniądzem
mogły też być muszelki kauri, żelazne motyki oraz wiele innych
towarów. Pieniądze służą nie tylko jako środek wymiany, lecz
umożliwiają także poszczególnym osobom i przedsiębiorstwom
dokonywanie "obliczeń" niezbędnych w każdej zaawansowanej
ekonomii. Różne rodzaje pieniędzy wymienia się i wycenia w
jednostkach, najczęściej wagowych. Wartość tytoniu podawano
w funtach wagowych. Ceny innych towarów i usług mogły być podawane
w funtach tytoniu. Koń mógł być wart na rynku 80 funtów tytoniu.
Przedsiębiorstwo mogło obliczyć swoje zyski lub straty w danym
miesiącu. Mogło ustalić, że jego przychód za ten miesiąc wyniósł
1.000 funtów a wydatki 800 funtów, czyli czysty zysk - 200
funtów.
Złoto czy papiery rządowe
Z biegiem czasu okazało się, że dwa towary
nadają się na pieniądz lepiej niż jakiekolwiek inne dobra.
Były to dwa metale szlachetne:
złoto i srebro (oraz miedź, wykorzystywana, gdy jeden z tych
dwu metali nie był dostępny). Złoto i srebro miały mnóstwo
właściwości, które można by nazwać "zaletami pieniężnymi" i
dzięki którym nadawały się na pieniądze lepiej niż jakikolwiek
inny towar. Ich niska podaż powoduje, że mają stabilną cenę,
a jednostka ich wagi ma wysoką wartość. Dlatego też kawałki
złota i srebra łatwo jest przenosić i można je wykorzystywać
w codziennych transakcjach. Metale te są wystarczająco rzadkie,
żeby małe było prawdopodobieństwo nagłego odkrycia ich złóż
czy zwiększenia podaży. Nie ulegają niszczeniu, więc mogą przetrwać
praktycznie wieczność i dzięki temu można je gromadzić jako "zapas
wartości" na przyszłość. Złoto i srebro dają się też łatwo
dzielić na mniejsze porcje. Można je dzięki temu dzielić na
małe kawałki, nie umniejszając ich wartości. W przeciwieństwie,
na przykład, do diamentów, metale szlachetne są jednorodne
i jedna uncja złota ma taką samą wartość jak każda inna.
Pierwszy wielki teoretyk pieniądza, wybitny czternastowieczny
francuski scholastyk Jean Buridan zwrócił uwagę na fakt, że
złoto i srebro od czasów starożytnych były powszechnie używane
jako pieniądz. Od tej pory podnoszono ten temat we wszystkich
dyskusjach o pieniądzu, w podręcznikach dotyczących finansów
i bankowości. Tak się działo aż do momentu, kiedy na początku
lat trzydziestych XX w. rządy państw zachodnich zniosły standard
złota. W 1933 roku to samo zrobił Franklin D. Roosevelt w Stanach
Zjednoczonych, uniezależniając amerykańską walutę od parytetu
złota.
Żaden inny aspekt wolnego rynku nie stał
się obiektem tylu szyderstw i lekceważących uwag, co parytet
złota. Ich autorami
są "nowocześni" ekonomiści, zarówno zagorzali etatystyczni
keynesiści, jak i uważani za "wolnorynkowców" przedstawiciele
szkoły chicagowskiej. Złoto, jeszcze nie tak dawno uchodzące
za podstawę i wstępny etap każdego zdrowego systemu monetarnego,
jest teraz zwykle nazywane "fetyszem" lub, jak u
Keynesa, "barbarzyńskim reliktem". Złoto rzeczywiście
jest w pewnym sensie "barbarzyńskim reliktem". Żaden "barbarzyńca" z
prawdziwego zdarzenia nie przyjąłby nigdy zapłaty w lipnych
papierach czy kredytach bankowych, w których używanie jako
pieniądza, my - nowocześni światowcy - daliśmy się wrobić.
Ale "fanatycy złota" nie są
fetyszystami; nie pasujemy do typowego wizerunku chichoczących
złowieszczo skąpców, którzy
przeczesują palcami skarbiec pełen złotych monet. Zaletą złota
jest to, że tylko ono jest pieniądzem dostarczonym przez wolny
rynek, przez pracę rąk ludzkich. Odwieczny bowiem dylemat,
przed jakim stoimy, brzmi następująco: albo złoto (względnie
srebro), albo rząd. Złoto jest pieniądzem rynkowym, towarem,
który musi zostać wydobyty z ziemi i przetworzony. Tymczasem
rząd produkuje papierowe pieniądze i czeki bankowe praktycznie
z niczego i nie ponosząc prawie żadnych kosztów.
Jak wiadomo, działania rządu są naznaczone marnotrawstwem,
niewydajnością i służą raczej urzędnikom niż konsumentom. Czy
wolelibyśmy, żeby buty produkowane były przez prywatne firmy
konkurujące na wolnym rynku, czy przez gigantyczny monopol
rządu federalnego? Z zadaniem dostarczania pieniędzy rząd poradziłby
sobie nielepiej. Jednakże w przypadku pieniędzy sytuacja jest
o wiele poważniejsza, niż gdy chodzi o buty czy jakikolwiek
inny towar. Buty produkowane przez rząd można ostatecznie nosić,
nawet jeśli są drogie, źle dopasowane i nie trafiają w upodobania
konsumentów.
Pieniądz różni się od wszystkich pozostałych towarów. Zwiększenie
ilości butów, ropy naftowej czy miedzi jest korzystne dla społeczeństwa,
ponieważ zmniejsza naturalne braki. Ale kiedy dany towar zostanie
już raz ustanowiony jako pieniądz, nie potrzeba go wcale więcej.
Ponieważ pieniądz jest wykorzystywany tylko do wymiany i rozliczeń,
to zwiększenie ilości dolarów, funtów czy marek w obiegu nie
może przynieść społecznych korzyści: obniży po prostu siłę
nabywczą każdego dolara, funta czy marki. Całe więc szczęście,
że złoto czy srebro są dobrami rzadkimi i zwiększenie ich podaży
jest kosztowne.
Jeśli jednak rząd wprowadzi papierowe
kwity lub kredyt bankowy jako pieniądz, jako ekwiwalent gramów
czy uncji złota, wtedy
może on jako główny dostawca pieniędzy dowolnie i bez żadnych
kosztów stwarzać pieniądze. W rezultacie ta "inflacja" podaży
pieniądza niszczy wartość dolara czy funta, powoduje wzrost
cen, zniekształca rachunek ekonomiczny, krępuje i poważnie
zaburza funkcjonowanie systemu gospodarki rynkowej.
Gdy rząd ma już kontrolę nad pieniądzem, wykazuje naturalną
skłonność do wywoływania inflacji i podkopywania wartości waluty.
Żeby zrozumieć tę prawdę, musimy przyjrzeć się naturze rządu
i mechanizmowi kreacji pieniądza. Rządy zawsze cierpiały na
chroniczny brak dochodów. Przyczyna tego stanu rzeczy wydaje
się oczywista: w przeciwieństwie do każdego z nas, rządy nie
produkują użytecznych dóbr ani usług, które mogłyby zostać
sprzedane na wolnym rynku; zamiast tego utrzymują się z pasożytowania
na rynku i społeczeństwie. W przeciwieństwie do innych osób
czy instytucji, rząd czerpie swoje dochody z przymusu, z opodatkowania.
W dawniejszych i rozsądniejszych czasach król był w stanie
zapewnić sobie wystarczający dochód z produktów swoich prywatnych
pól i lasów oraz z myta pobieranego na drogach. Odwiecznym
celem państwa było wywalczenie sobie prawa do stałego opodatkowania
w czasie pokoju. Ale nawet kiedy już wprowadzono podatki, królowie
zdawali sobie sprawę, że nie mogą dowolnie nakładać nowych
podatków ani podwyższać już istniejących, bo wzbudzało to nastroje
rewolucyjne.
Kontrola podaży pieniądza
Co można zrobić, gdy wpływy z podatków wciąż nie pokrywają
projektowanych przez państwo wydatków? Można przejąć kontrolę
nad podażą pieniędzy, lub - mówiąc wprost - zacząć je fałszować.
W gospodarce rynkowej można wejść w posiadanie prawdziwych
pieniędzy, wyłącznie sprzedając towar czy usługę za złoto lub
otrzymując podarunek. Jedynym innym sposobem zdobycia pieniędzy
jest zaangażowanie się w kosztowny proces wydobywania złota
z ziemi. Fałszerz natomiast jest złodziejem, który próbuje
się wzbogacić na podrabianiu pieniędzy, tzn. malując kawałek
mosiądzu w taki sposób, by wyglądał jak złota moneta. Jeśli
jego fałszerstwo zostaje wykryte natychmiast, szkody są minimalne.
Jeśli jednak fałszerstwo pozostaje niezauważone przez dłuższy
czas, to fałszerz okrada nie tylko producentów, od których
kupuje towary, lecz także każdego obywatela. Każdemu bowiem
zabiera część wartości jego pieniędzy. Zmniejszając wartość
każdej uncji lub dolara prawdziwych pieniędzy, fałszerz dokonuje
kradzieży groźniejszej i bardziej wyrafinowanej, niż rozbójnik
wymuszający okup na drodze. Okrada on bowiem każdego członka
społeczeństwa w sposób podstępny i niewidoczny, tak że relacja
przyczynowo-skutkowa pozostaje ukryta.
Ostatnio gazety straszyły tytułami: "Irański rząd próbuje
zniszczyć gospodarkę USA fałszując banknoty studolarowe".
Wątpliwe, żeby ajatollahowie stawiali sobie aż tak ambitne
cele; fałszerze nie potrzebują wyższych uzasadnień, by kraść
drukując pieniądze. Każde jednak fałszerstwo jest w istocie
działalnością wywrotową, niszczycielską i powoduje wzrost inflacji.
Jak jednak mamy zareagować, gdy rząd przejmuje kontrolę nad
podażą pieniądza, znosi złoto jako pieniądz, a jako jedyną
walutę wprowadza drukowane przez siebie kwity? Co mamy powiedzieć,
kiedy rząd staje się zalegalizowanym, monopolistycznym fałszerzem?
Nie dość, że mamy tu do czynienia z fałszerstwem,
to wielki fałszerz, którym w Stanach Zjednoczonych jest System
Rezerwy
Federalnej, czczony jest jako mądry moderator i zarządca amerykańskiej "makroekonomii",
jako urząd, strzegący nas przed recesjami i inflacjami, ustalający
stopy procentowe, podstawowe ceny i poziom zatrudnienia. Tymczasem
powinien być napiętnowany jako wielki złodziej i wandal. Prezesa
Banku Rezerwy Federalnej, czy będzie nim imponującej postury
Paul Volcker czy podobny do sowy Alan Greenspan, zamiast obrzucić
pomidorami i zgniłymi jajkami, uznaje się powszechnie za człowieka
niezastąpionego dla systemu gospodarki i finansów.
By poznać i zrozumieć tajemnice nowoczesnego
systemu monetarnego i bankowego, najlepiej uświadomić sobie,
że rząd i jego bank
centralny działają dokładnie tak, jak działałby wielki fałszerz
i powodują podobne skutki społeczne i ekonomiczne. Dawno temu,
w czasach kiedy dowcipy zamieszczane na jego łamach były jeszcze
śmieszne, magazyn New Yorker opublikował rysunek, na którym
grupa fałszerzy patrzy z przejęciem na maszynę drukarską, z
której schodzi pierwszy banknot dziesięciodolarowy. "O
rany", mówi jeden z nich, "ale lokalne sklepy dostaną
zastrzyk!"
I dostają. W miarę jak fałszerze drukują
nowe banknoty, coraz więcej pieniędzy idzie na to, co jest
im potrzebne: zarówno
na towary, które kupują dla siebie, jak i - w przypadku rządu
- na pożyczki i inne cele związane z "dobrem publicznym".
Ale wynikający z tego "dobrobyt" jest iluzoryczny.
Jedynym rezultatem jest zwiększenie zakupów i, co za tym idzie,
wzrost cen. Ponadto, fałszerze i pierwsi odbiorcy nowych pieniędzy
sprzątają towary sprzed nosa biednym frajerom, którzy są na
końcu kolejki po nowe pieniądze, lub którzy nigdy ich nie dostaną.
Nowe, wstrzykiwane do gospodarki pieniądze, wywołują nieuchronnie
efekt powracającej fali; pierwsi odbiorcy nowych pieniędzy
wydają więcej, podbijając ceny. Następni użytkownicy nowych
banknotów i ci, którzy mają stałe płace, nagle się orientują,
że ceny towarów, które muszą kupić, z niewyjaśnionych przyczyn
rosną, podczas gdy ich własne dochody zmniejszają się, lub
pozostają niezmienione. Innymi słowy, inflacja monetarna nie
tylko powoduje wzrost cen i obniżenie wartości waluty, lecz
także działa jak gigantyczny system wywłaszczenia końcowych
odbiorców przez samych fałszerzy lub innych wczesnych odbiorców.
Ekspansja monetarna pełni rolę potężnego systemu ukrytej redystrybucji.
Kiedy fałszerzem jest rząd, fałszerstwo
zostaje nie tylko "zauważane",
lecz ogłoszone wszem i wobec jako opatrznościowe zabiegi w
sferze monetarnej, czynione dla dobra publicznego. Ekspansja
monetarna staje się więc gigantycznym systemem ukrytego opodatkowania.
Podatek zostaje nałożony na grupy ludzi o stałym dochodzie,
na grupy oddalone od wydatków i dotacji rządowych oraz na zapobiegliwych
ciułaczy, którzy są na tyle naiwni i ufni, że nie rozstają
się z pieniędzmi, wierząc w wartość waluty.
Wydawanie pieniędzy i zaciąganie kredytów są nagradzane, oszczędność
zaś i ciężka praca - karane. Nie dość na tym: beneficjentami
są członkowie specjalnych grup interesu, politycznie bliskich
rządowi. Mogą oni wywierać naciski, żeby nowe pieniądze wydawane
były na nich i żeby dzięki temu ich dochody mogły rosnąć szybciej
niż ceny. Firmy wykonujące zamówienia rządowe, przedsiębiorcy
z politycznymi koneksjami, związki zawodowe i inne grupy nacisku
będą odnosiły korzyści kosztem nieświadomego i niezorganizowanego
społeczeństwa.
* * * * *
Przedstawiliśmy już jeden aspekt ucieczki
od zdrowego pieniądza wolnorynkowego do pieniądza etatystycznego
i inflacyjnego.
Było nim odejście od standardu złota, zarządzone przez Franklina
Roosvelta w roku 1933 i wprowadzenie przez Rezerwę Federalną
pustych kwitów bez pokrycia jako "standardu monetarnego".
Drugim czynnikiem tego procesu była kartelizacja banków na
poziomie federalnym i utworzenie Systemu Rezerwy Federalnej
w roku 1913.
Bankowość stanowi szczególnie tajemniczą
dziedzinę systemu gospodarczego. Jedną z przyczyn takiego
stanu rzeczy jest to,
że słowo "bank" oznacza bardzo różne zjawiska. W
epoce Renesansu "bankierami" byli Medyceusze we Włoszech
i Fuggerowie w Niemczech. Ich banki były nie tylko prywatne,
ale - przynajmniej z początku - prowadziły wysoce pożyteczną,
nie-inflacyjną działalność. Właściwie były to "banki kupieckie",
a ich założyciele byli wybitnymi kupcami. Na marginesie swojej
działalności handlowej prowadzili rozbudowaną politykę kredytową
wobec swoich klientów i w końcu - w przypadku tych dwu rodzin
- działalność typu "bankierskiego" stała się ich
głównym zajęciem, odsuwając handel na dalszy plan. Ich firmy
pożyczały pieniądze, pochodzące z własnego zysku lub oszczędności
i pobierały procent od kredytu. Były to więc instytucje zajmujące
się kierowaniem własnych oszczędności na opłacalne inwestycje.
Banki, które pożyczają własne oszczędności, albo mobilizują
oszczędności innych, prowadzą działalność pożyteczną i nie
budzącą sprzeciwu. Nawet teraz, korzystając z usług banków
komercyjnych, mogę kupić za 10000 dolarów certyfikaty depozytowe
z sześciomiesięcznym terminem wykupu i zarobić pewien ustalony
procent. Pożyczam bankowi swoje oszczędności, on z kolei pożycza
je komuś innemu na jeszcze wyższy procent. Różnica między oprocentowaniem
stanowi wynagrodzenie banku za przekazanie oszczędności w ręce
godnych zaufania, lub gwarantujących trafną inwestycję pożyczkobiorców.
To postępowanie nie budzi żadnych zastrzeżeń.
Podobnie jest w przypadku wielkich "banków inwestycyjnych",
które rozwinęły się wraz z rozkwitem kapitalizmu przemysłowego
w dziewiętnastym wieku. Właściciele banków inwestycyjnych przeznaczali
własny kapitał, albp kapitał zainwestowany lub pożyczony przez
innych, na zabezpieczenie inwestycji korporacji, która zbierała
fundusze sprzedając papiery wartościowe udziałowcom i pożyczkodawcom.
Kłopot z bankami inwestycyjnymi polega na tym, że jedną z głównych
dziedzin, w które inwestują, są obligacje rządu. To wciągnęło
je w politykę, dając potężny bodziec do wywierania nacisków
na rząd i sterowania nim tak, by wprowadzone zostały podatki.
Z tych podatków bowiem miały być spłacone zobowiązania ich
klienta - rządu. Tak właśnie się narodził potężny i zgubny
wpływ polityczny właścicieli banków inwestycyjnych w dziewiętnastym
i dwudziestym wieku: przede wszystkim Rotszyldów w Europie
Zachodniej i Jaya Cooka oraz domu Morganów w Stanach Zjednoczonych.
Pod koniec dziewiętnastego wieku Morganowie przewodzili grupie
nacisku, domagającej się od rządu skartelizowania gałęzi gospodarki,
którymi byli zainteresowani, a więc kolei i produkcji przemysłowej.
Chodziło o ochronę przed konkurencją i wprowadzenie odgórnych
ograniczeń na produkcję oraz podniesienie cen.
W szczególności właściciele banków inwestycyjnych
utworzyli grupę nacisku dążącą do skartelizowania banków
komercyjnych.
Pożyczki udzielane przez niektóre banki komercyjne były oparte
o ich własny kapitał oraz o pieniądze pochodzące ze sprzedaży
certyfikatów depozytowych. Ale większość banków komercyjnych,
to "banki depozytowe", których działalność opiera
się na gigantycznym przekręcie: na przekonaniu większości klientów,
że ich pieniądze złożone w banku czekają na nich i będą im
wypłacone na każde żądanie. Jeśli Jim na rachunku bieżącym
w banku lokalnym ma 1000 dolarów, to myśli, że stanowia one "depozyt
płatny na żądanie", to znaczy, że bank przyrzekł mu wypłacić
1000 dolarów w gotówce w dowolnym momencie, w którym Jim zechce "swoje
pieniądze wycofać". Wszyscy Jimowie na całym świecie są
święcie przekonani, że pieniądze, które złożyli w banku czekają
tam na nich bezpieczne, gotowe do wypłacenia na każde żądanie.
Wyobrażają sobie rachunek bieżący w banku niczym kwit z przechowalni.
Jeśli przed podróżą zostawili na przechowanie krzesło, to oczekują,
że będzie im ono wydane, gdy wrócą i przedstawią pokwitowanie.
Niestety, jeśli potraktować banki jako rodzaj przechowalni,
to widać, że ich klienci są systematycznie oszukiwani. Pieniędzy,
które złożyli w banku, bank nie ma.
Uczciwa przechowalnia robi wszystko, by
powierzone swojej opiece przedmioty składować bezpiecznie
w magazynie lub w podziemiach.
Współczesne banki działają jednak zupełnie inaczej. Jeszcze
w siedemnastym wieku banki w Amsterdamie czy w Hamburgu działały
jak przechowalnie i wszystkie pokwitowania, jakie wystawiały,
miały pokrycie w przechowywanych aktywach, czyli w złocie i
srebrze. Takie uczciwe przechowywanie depozytu, lub bankowość "rozliczeniowa",
nazywa się bankowością "ze stuprocentową rezerwą".
Od tamtego czasu banki notorycznie wydają pokwitowania magazynowe
(początkowo noty bankowe - "bank-noty", obecnie potwierdzenia
depozytu) bez żadnego pokrycia. Zasadniczo rzecz biorąc, są
fałszerzami pokwitowań magazynowych na gotówkę lub złoto. Pokwitowania
te służą do regulowania zobowiązań, jakby były prawdziwymi,
mającymi pełne pokrycie banknotami lub rachunkami bieżącymi.
Banki produkują pieniądze, stwarzając je dosłownie z niczego
- obecnie na ogół w postaci potwierdzeń depozytowych, a nie
banknotów. Temu szwindlowi czy fałszerstwu nadaje się miano "systemu
rezerw cząstkowych", co oznacza, że depozyty bankowe mają
pokrycie tylko w niewielkim ułamku. (W chwili obecnej minimalna
rezerwa ustalona przez System Rezerwy Federalnej wynosi w USA
10 procent.)
System rezerw cząstkowych
Przyjrzyjmy się, w jaki sposób funkcjonuje
zasada cząstkowych rezerw, gdy nie ma banku centralnego.
Zakładam Bank Rothbarda
i inwestuję w niego 1000 dolarów (obojętne czy w złocie czy
w papierach rządowych). Teraz "udzielam pożyczki" w
wysokości 10000 dolarów komuś, kto ich potrzebuje na swoje
wydatki, lub inwestycję. Jak to jest możliwe, że "pożyczam" komuś
znacznie więcej, niż mam? A, na tym właśnie polega magia "części" w
cząstkowej rezerwie. Otwieram po prostu rachunek bieżący, na
którym wpisuję 10000 dolarów, które z największą przyjemnością
pożyczam panu Jonesowi. Dlaczego Jones pożycza ode mnie? Z
tego prostego powodu, że oferuję niższe oprocentowanie kredytu,
niż mogliby zaoferować ciułacze. Nie musiałem na te pieniądze
zapracować: wystarczyło, że je sfałszowałem, wziąłem z powietrza.
(W dziewiętnastym wieku mógłbym jeszcze wyemitować banknoty,
teraz monopol na ich emisję ma Rezerwa Federalna.) Ponieważ
potwierdzenia depozytów na żądanie funkcjonują jako równowartość
pieniądza, to dzięki tym czarom, podaż pieniądza zwiększyła
się właśnie o 10000 dolarów. Rozpoczął się proces inflacyjny.
Dziewiętnastowieczny ekonomista angielski,
Thomas Tooke użył trafnego sformułowania, że "swobodny handel w bankowości
oznacza swobodę handlowania szwindlem". Jednakże w systemie
wolnościowym, bez rządowego poparcia, ten fałszerski proceder
lub "swobodna bankowość" podlega poważnym ograniczeniom.
Po pierwsze: dlaczego ktokolwiek miałby mi zaufać? Dlaczego
ktoś miałby przyjmować zapłatę czekami Banku Rothbarda? Po
drugie, nawet gdybym zdobył zaufanie wśród naiwnych, to pozostaje
poważna przeszkoda w postaci konkurencji, która może otwierać
inne banki. Bank Rothbarda ma mimo wszystko ograniczoną ilość
klientów. Jones, pożyczywszy ode mnie pieniądze w postaci potwierdzeń
depozytowych, wyda je. Po to przecież wydał na pożyczkę. Wcześniej
lub później, pieniądze, które wydał, czy to na wakacje czy
na rozwój swojej firmy, trafią do klientów innego banku, powiedzmy
Banku Rockwella. Bank Rockwella nie ma interesu w prowadzeniu
konta czekowego dla mojego banku. Potrzebuje natomiast zwiększenia
rezerwy, co pozwoliłoby mu budować własną piramidę fałszywych
pieniędzy, opartą na rezerwie gotówkowej. Bank Rockwella przedstawia
więc Bankowi Rothbarda czek na 10000 dolarów, żądając wypłacenia
gotówki, która potrzebna mu jest do zwiększenia swoich rezerw.
Ale ja, oczywiście, nie mam tych 10000 dolarów, więc jestem
skończony. Bankrutuję. Powinienem z mocy prawa pójść do więzienia
za defraudację, ale konkurentom wystarczy, że ja i moje fałszywe
potwierdzenia depozytów wypadniemy z gry, że nie będę już uczestniczył
w zwiększaniu podaży pieniądza.
A zatem, w warunkach wolnej konkurencji, bez wsparcia i zachęty
ze strony rządu, fałszerstwo oparte na rezerwie cząstkowej
będzie miało ograniczone rozmiary. Banki będą wprawdzie mogły
tworzyć kartele w celu wzajemnego wspierania się, ale kartele
w gospodarce wolnorynkowej nie działają sprawnie bez pomocy
państwa, bez rozprawienia się z konkurencją, która będzie się
domagać likwidacji kartelu, w tym wypadku zaś - wypłacenia
należnych im pieniędzy.
Bank centralny
Stąd się wzięło dążenie bankierów do skartelizowania własnej
działalności przy pomocy państwa i banku centralnego. Idea
banków centralnych narodziła się wraz z założeniem Banku Anglii
(Bank of England) w latach dziewięćdziesiątych siedemnastego
wieku. Następnie rozszerzyła się na kraje Zachodu w osiemnastym
i dziewiętnastym wieku i wreszcie, w postaci Systemu Rezerwy
Federalnej, została w roku 1913 narzucona Stanom Zjednoczonym
przez zwolenników karteli bankowych. Do pomysłu banku centralnego
szczególnie entuzjastycznie byli nastawieni właściciele banków
inwestycyjnych, na przykład Morganowie, którzy wystąpili z
nim jako pierwsi i którzy rozszerzyli już w tym czasie swoją
działalność o banki komercyjne.
Obecnie bank centralny ma monopol na emitowanie
banknotów (pierwotnie pisemnych lub drukowanych pokwitowań
magazynowych,
a nie nieuchwytnych potwierdzeń depozytów bankowych). Są one
identyczne z rządowymi pieniędzmi papierowymi i dlatego są "standardem" monetarnym
kraju. Ludzie chcą używać zarówno gotówki, jak i depozytów
bankowych. Jeśli więc chcę wycofać ze swojego konta w banku
1000 dolarów w gotówce, bank musi się zwrócić do Rezerwy Federalnej
i wypisać swój własny czek na 1000 dolarów, "kupując" w
ten sposób 1000 dolarów w banknotach Rezerwy Federalnej (pieniądzach
używanych dziś w USA). Rezerwa Federalna działa więc, innymi
słowy, jak bank banków. Banki składają depozyty w Banku Rezerwy
Federalnej i tworzą w ten sposób własną rezerwę, na której
budują piramidę kredytów przewyższających dziesięciokrotnie
ilość posiadanych pieniędzy.
Oto, jak działa proceder fałszerstwa w
dzisiejszym świecie. Powiedzmy, że Rezerwa Federalna, jak
zwykle zresztą, postanowi
zwiększyć podaż pieniędzy (czyli wywołać inflację). Rezerwa
Federalna kupuje więc jakieś aktywa na rynku (nazywanym "rynkiem
otwartym"). Nie ma przy tym zanaczenia, jakiego typu są
to aktywa. Istotne jest, że wypisuje na nie czek. Bank Rezerwy
Federalnej mógłby, gdyby chciał, kupować jakiekolwiek aktywa,
włącznie z akcjami przedsiębiorstw, budynkami, czy obcymi walutami.
W praktyce jednak kupuje niemal wyłącznie papiery wartościowe
rządu USA.
Przypuśćmy, że Bank Rezerwy Federalnej
kupił, za pośrednictwem jakiegoś "upoważnionego" sprzedawcy papierów skarbowych
(małej firmy), dajmy na to Shearsona czy Lehmana z Wall Street,
obligacje skarbowe o wartości 10 milionów dolarów amerykańskich.
Bank wypisuje czek na 10 milionów, a następnie wręcza Shearsonowi
czy Lehmanowi w zamian za papiery rządowe warte 10 milionów.
Skąd Bank Rezerwy Federalnej wziął 10 milionów na zapłacenie
Shearsonowi, Lehmanowi? Z powietrza. Shearson, Lehman mogą
z tym czekiem zrobić tylko jedno: złożyć jako depozyt w banku
komercyjnym, powiedzmy w Chase Manhattan. "Podaż pieniądza" zwiększyła
się w ten sposób o 10 milionów dolarów. Z niczyjego konta nie
ubyło 10 milionów. Przybyło na czysto 10 milionów.
Ale to jest dopiero początek procederu
fałszowania pieniędzy i wywoływania inflacji. Chase Manhattan
z przyjemnością popędzi
teraz do Banku Rezerwy Federalnej, by złożyć w nim ten czek
na swoim koncie czekowym. Stan tego konta powiększy się o 10
milionów dolarów. Ale to konto stanowi "rezerwę" bankową,
która w skali całego kraju została właśnie powiększona o 10
milionów dolarów. To z kolei oznacza, że Chase Manhattan może
teraz wykreować depozyty w oparciu o tę rezerwę i że w miarę
jak czeki i rezerwa bądą spływać do innych banków (podobnie
jak to było w przypadku Banku Rothbarda), każdy z nich będzie
mógł dołożyć swoje inflacyjne ziarenko, aż w końcu cały system
bankowy powiększy swoje depozyty na żądanie o 100 milionów
dolarów, czyli dziesięciokrotnie w stosunku do pierwotnej sumy,
za którą Bank Rezerwy Federalnej kupił aktywa. Banki mają prawo
utrzymywać rezerwę na poziomie co najmniej 10 procent swoich
depozytów. Oznacza to, że "mnożnik pieniężny" - ilość
depozytów, którą bank może wykreować w oparciu o tę rezerwę
- wynosi 10. Zakup aktywów za 10 milionów, dokonany przez Bank
Rezerwy Federalnej, wygenerował w krótkim czasie dziesięciokrotny
wzrost (do 100 milionów) podaży pieniądza w całym systemie
bankowym.
Co ciekawe, wszyscy ekonomiści są zgodni
co do takiego opisu mechanizmów rządzących bankowością, nawet
jeśli, rzecz jasna,
nie zgodzają się co do ich moralnej lub ekonomicznej oceny.
Niestety jednak większość ludzi, niewprowadzona w tajniki bankowości,
nadal pozostaje w przekonaniu, że ich pieniądze są "w
banku".
Rezerwa Federalna i inne systemy banków centralnych pełnią
więc rolę gigantycznego rządowego założyciela i egzekutora
kartelu bankowego. Bank Rezerwy Federalnej wydobywa z kłopotów
banki będące w potrzebie, centralizuje i koordynuje system
w taki sposób, żeby wszystkie banki, i Chase Manhattan, i Rothbarda,
i Rockwella, mogły razem wywoływać inflację. Na wolnym rynku
bank, który by się rozrastał bardziej niż inne, byłby zagrożony
bankructwem. Ale pod parasolem banku centralnego banki mogą
rozszerzać swoją działalność wspólnie i proporcjonalnie.
"Ubezpieczenie
depozytu"
Ale nawet przy wsparciu Banku Rezerwy
Federalnej system bankowy oparty na rezerwie cząstkowej okazał
się niestabilny. Dlatego
też Nowy Ład w roku 1933 dodał nowe kłamstwo, które się nazywa "ubezpieczeniem
depozytu bankowego". Użycie dobrze brzmiącego terminu "ubezpieczenie" ma
służyć zamaskowaniu wierutnego kłamstwa. Kiedy pod koniec lat
osiemdziesiątych dwudziestego wieku system oszczędności i kredytów
zawalił się, "ubezpieczenie depozytu" ze strony FSLIC
(Federalnego Zakładu Ubezpieczeń Oszczędności i Kredytów) okazało
się zwykłą fikcją, magicznym zaklęciem, pod którym krył się
rząd federalny. A on nie mógł zapewnić żadnego ubezpieczenia.
Biedni podatnicy uratowali w końcu oszczędności i kredyty,
ale teraz jeszcze został FDIC (Federalny Zakład Ubezpieczeń
Depozytów) dla banków komercyjnych. Również on zaczyna się
chwiać w posadach, jako że posiada zaledwie 1 procent sumy
depozytów, które "ubezpiecza".
Cały pomysł "ubezpieczenia depozytu" jest
jednym wielkim szwindlem. Jak można ubezpieczać instytucję,
która
jest ze swej natury niewypłacalna i która upadnie, gdy tylko
do wszystkich dotrze, że opiera się na oszustwie? Wystarczy
sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby jutro Amerykanie uświadomili
sobie szwindel z bankami i wszyscy jednocześnie zażądali wypłacenia
gotówki. Banki stałyby się natychmiast niewypłacalne, bo nie
byłyby w stanie uzbierać więcej niż 10 procent pieniędzy, które
są winne swoim otumanionym klientom. Nie do przyjęcia byłoby
drastyczne podniesienie podatków, konieczne do pokrycia zobowiązań.
Jedyną rzeczą, którą mógłby zrobić Bank Rezerwy Federalnej,
byłby dodruk pieniędzy w ilości wystarczającej do wypłacenia
wszystkich depozytów. W obecnym stanie systemu bankowego prowadziłoby
to, niestety, do natychmiastowego pogrążenia się w hiperinflacji.
Załóżmy, że całkowity ubezpieczony depozyt wynosi 1600 miliardów
dolarów. W przypadku panicznego wycofywania oszczędności Bank
Rezerwy Federalnej mógłby skorzystać ze swoich uprawnień do
interwencji w nagłych przypadkach i wydrukować 1600 miliardów
w gotówce, żeby je przekazać FDIC do wypłacenia posiadaczom
kont. Kłopot polega na tym, że rozzuchwaleni tą olbrzymią subwencją
ciułacze, natychmiast oddaliby te 1600 miliardów dolarów z
powrotem w depozyt bankom. Rezerwy banków wzrosłyby w ten sposób
o 1600 miliardów dolarów, umożliwiając zwiększenie podaży pieniądza
o 16 bilionów dolarów. Następstwem byłaby lawinowa inflacja
i upadek waluty.
* * * * *
Żeby uratować naszą gospodarkę i zapobiec horrorowi lawinowej
inflacji, my, naród, musimy pozbawić rząd władzy nad podażą
pieniądza. Pieniądze są zbyt ważne, by pozostawiać je w rękach
bankierów, prominentnych ekonomistów i finansjery. Dla osiągnięcia
tego celu, konieczne jest przywrócenie pieniądzom ich charakteru
rynkowego, wraz z funkcjami jakie pełnią w strukturze prawa
własności prywatnej i w gospodarce wolnorynkowej.
Mogłoby się zdawać, że mieszanie się rządu
do spraw związanych z pieniądzem zaszło już tak daleko, jest
tak wszechobecne w
systemie gospodarczym i tak z nim nierozerwalnie połączone,
że pozbawienie rządu wpływów w tej dziedzinie zniszczy gospodarkę.
Konserwatyści mówią zwykle, że dokonuje się "strasznych
uproszczeń", wysuwając prostackie i niewykonalne programy,
które mogą tylko wszystko zniszczyć. Tymczasem, głównym problemem
jest to, że elity rządzące, technokraci i intelektualiści posługują
się mistyfikacją, gdy na głosy domagające się cięć podatkowych
i deregulacji odpowiadają sarkastycznymi uwagami o tępych masach,
które "szukają prostych recept na skomplikowane problemy".
W większości przypadków rozwiązania są jednak rzeczywiście
jasne i proste, tylko że celowo je zaciemniają ludzie, posługujący
się teoriami, które moglibyśmy nazwać "strasznym komplikowaniem".
Odzyskanie naszych pieniędzy byłoby zabiegiem stosunkowo prostym
i o wiele łatwiejszym niż beznadziejne zadanie denacjonalizacji
i dekomunizacji krajów Europy Wschodniej i byłego Związku Radzieckiego.
Nasz cel można przedstawić krótko jako
prywatyzację systemu monetarnego i oddzielenie rządu od pieniędzy
i banków. Zasadniczy
środek do osiągnięcia tego celu jest również prosty. Polegałby
on na likwidacji Systemu Rezerwy Federalnej, zniesieniu banku
centralnego. Jak można by znieść System Rezerwy Federalnej?
Bardzo łatwo: uchylając ustawę, którą został on powołany do
życia, tzn. Ustawę o Rezerwie Federalnej z roku 1913. Zobowiązania
Rezerwy Federalnej (banknoty i depozyty) miały pierwotnie pokrycie
w złocie. Z powodu fatalnych decyzji Franklina Roosvelta w
roku 1933 "dolary" emitowane przez Rezerwę Federalną
i potwierdzenia depozytów, wystawiane przez nią oraz przez
banki jej podległe, przestały mieć pokrycie w złocie. Depozyty
bankowe mają pokrycie w wekslach Rezerwy Federalnej, a te nie
mają pokrycia w niczym, albo mają, ale tylko w innych wekslach
Rezerwy Federalnej. Niemniej jednak, banknoty te są naszymi
pieniędzmi, naszym "standardem" monetarnym i wszyscy
wierzyciele mają obowiązek przyjmować zapłatę w tym pustym
pieniądzu, mimo że jest on bezwartościowy.
Oprócz zniesienia wymienialności dolara
na złoto, Roosvelt dopuścił się w roku 1933 jeszcze jednego
przestępstwa: skonfiskował
całe złoto i kruszec w sztabach należący do obywateli i wymienił
je na "dolary" według arbitralnie ustalonego kursu.
Zastanawiajace jest, że chociaż Bank Rezerwy Federalnej i rząd
utrzymują, iż złoto jako materiał na pieniądz jest przestarzałe
i bezwartościowe, to jednocześnie tenże bank (oraz wszystkie
inne banki centralne) oddałyby życie za swoje złoto. Nasze
skonfiskowane złoto nadal jest w posiadaniu Rezerwy Federalnej,
która przechowuje je jako depozyt w skarbcu w Fort Knox i w
innych magazynach. Od roku 1933 do połowy lat siedemdziesiątych
posiadanie złota w formie monet czy sztabek było wręcz nielegalne,
nawet jeśli przechowywano je w domowych sejfach czy za granicą.
Wszystkie te środki, które podjęto ponoć w związku z kryzysem
lat trzydziestych, były następnie przyjęte i rozwijane przez
politykę Nowego Ładu. Przez czterdzieści lat całe złoto w Ameryce,
które trafiało w prywatne ręce, musiało być deponowane w banku,
który następnie deponował je w Banku Rezerwy Federalnej. Złoto
na "usprawiedliwione" cele niemonetarne, takie jak
plomby dentystyczne czy wiertła używane w przemyśle, było skrupulatnie
wydzielane przez Departament Skarbu.
Na szczęście, dzięki heroicznym zabiegom kongresmena Rona
Paula, teraz Amerykanie znów mogą posiadać złoto, zarówno w
monetach jak i w sztabkach. Ale bezprawnie zajęte i skonfiskowane
przez Bank Rezerwy Federalnej złoto pozostaje nadal w rękach
Rezerwy Federalnej. Jak je stamtąd wydostać? Jak sprywatyzować
federalne zapasy złota?
Prywatyzacja federalnego złota
Odpowiedź na to pytanie wynika z faktu, że Bank Rezerwy Federalnej,
który przyrzekł wypłacanie swoich zobowiązań w złocie, od czasu
zniesienia standardu złota przez Roosvelta w roku 1933, przestał
spełniać tę obietnicę. System Rezerwy Federalnej, jako zalegający
z wypłatą swoich zaobowiązań, powinien być postawiony w stan
upadłości. Jego likwidacja powinna przebiegać podobnie do procesu
upadłościowego każdej innej firmy: należące do niego aktywa
należałoby rozdzielić pomiędzy wierzycieli i wypłacić im w
ratach. Według zestawienia z 30 października 1991 aktywa Rezerwy
Federalnej w złocie wynosiły 11,1 miliarda dolarów. Zobowiązania
Rezerwy na ten dzień to 295,5 miliarda dolarów w banknotach
Rezerwy Federalnej znajdujących się w obiegu oraz 24,4 miliarda
dolarów depozytów, które powinna ona zwrócić bankom należącym
do Systemu Rezerwy Federalnej. W sumie zobowiązania wynoszą
więc 319,9 miliarda dolarów. Poza złotem, większość aktywów
Banku Rezerwy Federalnej stanowią papiery dłużne rządu USA
opiewające na sumę 262,5 miliarda dolarów. Trzeba je jak najszybciej
spisać na straty, ponieważ stanowią nie tylko rachunkową fikcję,
lecz są powodem tego, że podatnicy muszą spłacać raty i odsetki
od długu zaciągniętego przez rząd federalny u własnego tworu,
jakim jest Rezerwa Federalna. Pozostałą istotną część aktywów
stanowią papiery skarbowe - 21 miliardów dolarów, które też
trzeba spisać na straty oraz 10 miliardów w SDR-ach (specjalnych
prawach ciągnienia), które są papierowymi wytworami zagranicznych
banków centralnych i o których również można zapomnieć. Zostaje
nam więc (nie licząc różnych nieruchomości, wyposażenia i innych
aktywów należących do Banku Rezerwy Federalnej o wartości szacowanej
na około 35 miliardów dolarów) 11,1 miliarda na spłacenie wierzytelności,
których wartość sięga 319,9 miliarda dolarów.
Na szczęście sytuacja nie jest aż tak tragiczna, jak mogłoby
się zdawać. Suma 11,1 miliarda dolarów, podawana jako wartość
złota w magazynach Banku Rezerwy Federalnej, jest szacunkiem
zmyślonym. Obnaża to zresztą jeden z najdziwaczniejszych aspektów
naszego oszukańczego systemu monetarnego. Federalne zapasy
złota to 262,9 milionów uncji złota. Ich wycena na 11,1 miliarda
dolarów wynika z przyjęcia ceny 42,22 dolara za uncję. Tak
wycenia swoje złoto rząd, chociaż cena rynkowa waha się na
poziomie 350 dolarów za uncję. Już samo to wskazuje na jawną
anomalię systemu.
Definicje i deprecjacja
Skąd się wzięła cena 42,22 dolarów za
uncję? Istotą standardu złota jest to, że jednostka monetarna
("dolar", "frank", "marka" itd.)
jest zdefiniowana, jako określona wagowo ilość złota. W standardzie
złota dolar czy frank nie jest samodzielnym przedmiotem, samą
nazwą, czy nazwą papierka wyemitowanego przez bank państwowy
lub centralny. Jest on nazwą jednostki wagowej złota. Jest
dokładnie taką samą jednostką wagową, jak będące w powszechnym
użyciu "uncje", "grany" (0,0648g) czy "gramy".
Przez sto lat, aż do roku 1933, dolar był definiowany jako
równowartość 23,22 grana złota. Ponieważ uncja zawiera 480
granów, to dolar definiowano też jako 0,048 uncji złota. Mówiąc
jeszcze inaczej, uncja złota była warta 20,67 dolara.
Nowy Ład Franklina Roosvelta, oprócz tego,
że pozbawił nas standardu złota na rynku wewnętrznym, zdewaluował
również dolara,
określając jego wartość lub "obniżając jego wagę" do
13,714 granów złota, czyli wyceniając uncję złota na 35 dolarów.
Dolar był wciąż wymienialny na złoto w rozliczeniach z zagranicznymi
bankami centralnymi i rządami innych krajów, przy przeliczniku
35 dolarów za uncję. Stany Zjednoczone stosowały więc hybrydalny
standard złota w rozliczeniach międzynarodowych aż do sierpnia
1971 roku, kiedy to prezydent Nixon dokończył dzieła, całkowicie
likwidując standard złota. Od roku 1971 Stany Zjednoczone posługują
się standardem pustego pieniądza papierowego. Nie przypadkiem
od tego czasu krótsze są okresy pokoju. Od roku 1971 dolar
nie jest już związany z określoną ilością wagową złota, jest
towarem od złota niezależnym i jego wartość na rynkach światowych
może się dowolnie zmieniać.
Gdy dolar i złoto stały się od siebie
niezależne, mogliśmy, jak w laboratorium, zaobserwować zachowania
ludzi. Wszyscy
uznani ekonomiści - od keynesistów do monetarystów chicagowskich
- utrzymywali, że złoto dawno już utraciło swoją wartość jako
pieniądz, że wysoką cenę 35 dolarów za uncję osiągnęło tylko
dzięki temu, że była ona "ustalona" przez rząd. Według
tych opinii, to dolar przydawał wartości złotu a nie odwrotnie
i skoro dolar został oderwany od złota, to wkrótce da się zaobserwować
spadek cen złota, aż do jego wartości niemonetarnej (czyli
jako surowca jubilerskiego, dentystycznego itd.) na poziomie
około 6 dolarów za uncję. W opozycji do tych jednomyślnych
prognoz prominentnych ekonomistów pozostawali zwolennicy Ludwiga
von Misesa i inni "fanatycy złota", którzy twierdzili,
że złoto, z ceną 35 zdewaluowanych dolarów za uncję, było niedowartościowane
i przewidywali, że jego cena znacznie wzrośnie, być może nawet
do 70 dolarów.
Wystarczy powiedzieć, że cena złota nie spadła nigdy poniżej
35 dolarów, tylko podskoczyła, osiągając w pewnym momencie
nawet 850 dolarów za uncję i ustabilizowała się w ostatnich
latach na poziomie około 350 dolarów. Mimo to jednak Departament
Skarbu i Bank Rezerwy Federalnej upierają się przy wycenie
swoich zasobów, wprawdzie nie według starego kursu 35 dolarów
za uncję, ale według niewiele bardziej aktualnego kursu 42,22
dolara za uncję. Inaczej mówiąc, gdyby tylko rząd USA wprowadził
prostą korektę, jakiej wymagają reguły poprawnej rachunkowości
i uaktualnił wycenę swoich aktywów zgodnie z ich wartością
rynkową, to wycena zapasów federalnego złota skoczyłaby z 11,1
miliarda do 92 miliardów dolarów.
W latach 1933 - 1971, początkowo duża,
ale z czasem kurcząca się liczba ekonomistów broniących standardu
złota, optowała
najczęściej za powrotem do ceny 35 dolarów za uncję. Mises
wraz ze swoimi zwolennikami opowiadał się za wyższą "ceną" złota,
biorąc pod uwagę, że kurs 35 dolarów nie przystawał już do
realiów amerykańskich. Większość jednak wskazywała, że wycena
czy definicja, która została raz przyjęta, musi być odtąd stosowana
bez zmian. Ale po roku 1971, gdy poległa święta niegdyś cena
35 dolarów za uncję, wszystkie ustalenia stały się nieważne.
Chociaż raz przyjęte definicje powinny obowiązywać na zawsze,
to nie ma powodu, żeby wstępną definicję uważać za świętą.
Zamiast tego należy ją wybrać, kierując się kryterium użyteczności.
Jeśli chcemy przywrócić standard złota, to możemy się posłużyć
taką definicją dolara, jaką uznamy za najwygodniejszą. Nie
mamy żadnego obowiązku trzymać się nieaktualnych kursów 20,67
czy 35 dolarów za uncję.
Likwidacja Banku Rezerwy Federalnej
W szczególności, gdybyśmy chcieli zlikwidować
System Rezerwy Federalnej, moglibyśmy wybrać taką definicję
dolara, która
pozwoliłaby na spłacenie wszystkich długów Rezerwy co do centa.
W przykładzie, który podaliśmy wyżej, można by zdefiniować "dolara" jako
równowartość 0,394 grana złota, albo 1 uncję złota jako wartą
1217 dolarów. W oparciu o taką nową definicję, cały zapas złota
należący do Rezerwy Federalnej można by przeznaczyć na produkcję
złotych monet, które by posłużyły do zastąpienia znajdujących
się w obiegu banknotów Rezerwy Federalnej i do utworzenia rezerwy
24,4 miliarda dolarów w złotych monetach w różnych bankach
komercyjnych. System Rezerwy Federalnej zostałby zniesiony,
złote monety weszłyby do obiegu, zastępując banknoty Rezezerwy
Federalnej, złoto stałoby się środkiem wymiany, a złote dolary
po kursie 1217 za uncję - jednostką używaną w rozliczeniach
i bilansach. Za jednym zamachem zrealizowane by zostały dwa
wielkie postulaty: powrotu do standardu złota i likwidacji
Rezerwy Federalnej.
Następnym krokiem byłoby oczywiście zniesienie
Federalnego Zakładu Ubezpieczenia Depozytów. Samo pojęcie "ubezpieczenia
depozytów" jest oszukańcze. Jak można "ubezpieczyć" całą
gałąź gospodarki, która jest z natury niewypłacalna? To tak,
jakby ubezpieczać Titanica po tym, jak uderzył w górę lodową.
Niektórzy ekonomiści wolnorynkowi opowiadają się za "prywatyzacją" ubezpieczeń
depozytów poprzez zachęcenie prywatnych firm lub samych banków
do wzajemnego "ubezpieczania" swoich depozytów. To
by jednak oznaczało powrót do niesławnych praktyk karteli banków
florenckich, które usiłowały wzajemnie pokrywać swoje zobowiązania.
To nic nie da. Nie zapominajmy, że jako pierwsze upadły ubezpieczenia
oszczędności i kredytów w Ohio i Maryland, korzystające z wątpliwych
korzyści, jakie miało dać "prywatne" ubezpieczenie
depozytów.
Ten przypadek pokazuje, na czym polega
błąd, który często popełniają libertarianie i ekonomiści
wolnorynkowi gdy twierdzą,
że wszystkie działania rządu powinny być sprywatyzowane, to
znaczy uważają, że każda działalność, jeśli tylko jest prywatna,
to jest uprawniona. To nieprawda. Takie działania jak oszustwo,
defraudacja, fałszerstwo nie powinny być "prywatyzowane",
tylko zarzucone.
Wciąż pozostawałby jeszcze problem cząstkowej rezerwy dla
banków komercyjnych. Dawniej opowiadałem się za powrotem do
bankowości opartej na uczciwej stuprocentowej rezerwie. Byłoby
to możliwe przy takim podniesieniu ceny złota, żeby jego rezerwy
pokrywały 100 procent zobowiązań banków. Później, oczywiście,
stuprocentowa rezerwa byłaby wymagana przez prawo. Według bieżących
szacunków, ustanowienie stuprocentowej rezerwy dla wszystkich
wkładów bankowych na żądanie, prowadzonych w bankach komercyjnych,
wymagałoby podniesienia ceny złota do 2000 dolarów za uncję.
Uwzględnienie wartości wszystkich lokat oznaczałoby konieczność
podniesienia ceny do 3350 dolarów za uncję. Gdyby stuprocentowa
rezerwa była wymagana również dla rachunków bieżących i oszczędnościowych
(które są również uważane za płatne na żądanie), to cena złota
musiałaby wynosić 7500 dolarów za uncję.
Takie rozwiązanie ma jednak pewne wady.
Mniejsza o to, że im wyższa byłaby cena złota w stosunku
do jego obecnej ceny
rynkowej, tym bardziej by się zwiększyła jego produkcja. Wzrost
wydobycia złota spowodowałby wprawdzie niewielką jednorazową
inflację, ale poważniejszym problemem byłoby zagadnienie moralne:
czy banki zasługują na to, by wręczyć im w ten sposób podarunek
w postaci złota od Rezerwy Federalnej na stuprocentowe pokrycie
zobowiązań? Banki zdecydowanie nie zasługują na taki gest,
nawet jeśli miałoby to ułatwić operację powrotu do zdrowego
pieniądza. Bankierom powinno wystarczyć to, że nie zostaną
pozwani do sądu za defraudację. Ponadto trudności nastręczałoby
administracyjne narzucenie i egzekwowanie stuprocentowej rezerwy.
Metodą łatwiejszą i utrzymaną w bardziej libertariańskim duchu
byłoby odwołanie się do sądów. Przed wojną secesyjną zawodowi "brokerzy
finansowi" skupowali po okazyjnych cenach banknoty emitowane
przez niesolidne banki utrzymujące cząstkowe rezerwy, a następnie
udawali się do siedzib tych banków i żądali wypłacenia nominalnej
wartości banknotów w złocie.
Dzisiaj, posługując się zaawansowaną technologią elektroniczną,
to samo można by zrobić jeszcze skuteczniej. Profesjonalni
brokerzy finansowi zarabialiby na przywoływaniu niesolidnych
banków do porządku. Bardzo mi się podoba pomysł Ligi Czujności
Antybankowej, żeby bacznie obserwować poczynania banków i wychwytywać
każdą ich nieuczciwość, a następnie nagłaśniać sprawę w telewizji,
zachęcając klientów danego banku, by żądali natychmiastowych
wypłat gotówki. Gdyby Lidze udało się wzniecić histerię i spowodować,
żeby posiadacze kont i certyfikatów depozytowych przypuścili
szturm na banki, chcąc wycofać swoje pieniądze zanim ich bank
upadnie, to tym lepiej. Wówczas bowiem sami ludzie, a nie tylko
rząd, zwróciliby się przeciwko bankom praktykującym zasadę
rezerwy cząstkowej. Niezwykle istotna byłaby natychmiastowa
reakcja ze strony policji i wymiaru sprawiedliwości na pierwszy
sygnał niewypłacalności banku. Jeśli tylko bank nie byłby w
stanie dokonać wypłaty na żądanie, otrzymywałby zakaz dalszej
działalności. Działałaby błyskawiczna, bezwarunkowa sprawiedliwość,
nie byłoby żadnej litości, ani żadnych kaucji.
Taki rygor w krótkim czasie doprowadziłby banki albo do upadku,
albo do ograniczenia emisji zaświadczeń i certyfikatów depozytowych,
tak by osiągnąć stuprocentowe pokrycie w rezerwie. Taka deflacja
monetarna, której celem byłyby wszechstronne ulepszenia, miałaby
charakter przejściowy i ustałaby na dobre w momencie, gdy wszystkie
zobowiązania banków zmniejszyłyby się do wartości posiadanych
przez nie aktywów w złocie. Zasadnicza różnica między inflacją
a deflacją polega na tym, że inflacja może rosnąć w nieskończoność
wraz ze wzrostem podaży pieniądza i cen, podczas gdy zmniejszanie
podaży pieniądza musi się zatrzymać w momencie, gdy całkowita
ilość pieniądza odpowiada podaży standardowej waluty (w standardzie
złota - podaży złotych pieniędzy). Złoto stanowi twardy grunt,
na którym deflacja się zatrzymuje.
Jeśli ten pomysł wydaje się zbyt okrutny
dla banków, to trzeba sobie zdać sprawę, że system bankowy
i tak zmierza do katastrofy.
Przy okazji upadku ubezpieczeń oszczędności i kredytów, uswiadomiono
sobie, jak bardzo jest on niestabilny. Ludzie mówią otwarcie
o tym, że Federalny Zakład Ubezpieczeń Depozytów jest niewypłacalny
i że cała bankowość zmierza do upadku. Jeśli poczują to na
własnej skórze, to rozpoczną masowy "run na banki",
usiłując wybrać z banków swoje pieniądze. Banki będą wtedy
upadać jeden po drugim, bo nie będą miały pieniędzy, które
są ludziom winne. Jedynym ratunkiem dla banków będzie wówczas
dodruk 1,6 biliona dolarów przez Rezerwę Federalną i dostarczenie
ich bankom. Wywoła to natychmiastową i siejącą spustoszenie,
lawinową inflację oraz upadek dolara.
Odpowiedzialnością za obecny kryzys gospodarczy
liberałowie chętnie obarczają "chciwość lat osiemdziesiątych XX wieku".
A przecież "chciwość" nie była wtedy większa niż
w latach siedemdziesiątych i w poprzednich dekadach, ani niż
będzie w przyszłości. W latach osiemdziesiątych miał miejsce
niebezpieczny epizod deficytu budżetowego i ekspansji kredytowej
banków pobudzanej przez Rezerwę Federalną. Gdy Bank Rezerwy
Federalnej zakupił aktywa i wpompował rezerwy do systemu bankowego,
banki z radością pomnożyły kredyt i w oparciu o te rezerwy
wykreowały nowe pieniądze.
Wiele się mówiło o złych kredytach udzielanych przez banki,
o pożyczkach dla zbankrutowanych krajów Trzeciego Świata, o
rozdętych i ryzykownych - jak się okazało z perspektywy czasu
- programach kredytowych na rynku nieruchomości i inwestowaniu
w centra hanlowe gdzieś na końcu świata. Jednakże złe kredyty
i nietrafne inwestycje są zawsze wynikiem ekspansji kredytowej
banku centralnego i kredytowania banków. Dobrze znane zjawisko
cyklu koniunkturalnego, występujących na przemian okresów euforii
i załamania, dobrobytu i kryzysu, nie pojawiło się w latach
osiemdziesiątych. Nie jest też produktem cywilizacji ani gospodarki
rynkowej. Cykle gospodarcze pojawiły się w osiemnastym wieku,
wraz z powstaniem pierwszych banków centralnych. Upowszechniały
się i nasilały równolegle z rozwojem bankowości centralnej
i przejmowaniem przez nią kontroli nad systemem gospodarczym
Zachodu. Tylko likwidacja Systemu Rezerwy Federalnej i powrót
do standardu złota mogą przerwać cykliczne występowanie faz
wzrostu i kryzysu i ostatecznie wyeliminować stale rosnącą
inflację.
Nie jest prawdą, głoszone przez posłusznych
rządowi historyków twierdzenie, że inflacja, ekspansja kredytowa,
cykle gospodarcze,
zadłużenie budżetu i wysokie podatki są nieodłącznymi atrybutami
kapitalizmu czy "nowoczesności". Wręcz przeciwnie,
są to z gruntu antykapitalistyczne, pasożytnicze narośle, zaszczepione
na systemie przez interwencjonistyczne państwo, które nagradza
swoich bankierów i zaufanych klientów specjalnymi cichymi przywilejami.
A płacą za nie wszyscy pozostali.
Dla wolnej przedsiębiorczości i kapitalizmu
podstawowe znaczenie ma system niewzruszonych praw prywatnej
własności, gwarantujący
każdemu ochronę uczciwie nabytej własności. Równie istotne
są zasady etyki, które powinny wspierać i nagradzać oszczędność,
gospodarność, ciężką pracę i efektywną przedsiebiorczość, a
zniechęcać do rozrzutności oraz potępiać z całą surowością
każde naruszenie praw własności. Tymczasem, jak widzieliśmy,
tandetny pieniądz i ekspansja kredytowa deprecjonują te prawa
i cnoty. Inflacja powoduje wywrócenie do góry nogami i przewartościowanie
wartości, wynagradzając rozrzutność i dobre układy, a naigrawając
się ze starych "wiktoriańskich" cnót.
Odbudowa Starej Republiki
Odbudowa amerykańskiej wolności i przywrócenie Starej Republiki
jest zadaniem wielopłaszczyznowym. Oznacza wycięcie raka monstrualnego
państwa, który toczy nas od środka. Oznacza likwidację Washington
DC, jako centrum rządzenia krajem. Oznacza powrót do moralności
i cnót dziewiętnastowiecznych, odwrót naszej kultury od nihilizmu
i wiktymologii oraz przywrócenie jej zdrowia i równowagi. Polityka,
kultura i gospodarka są w dłuższej perspektywie nierozerwalnie
ze sobą związane. Do odbudowy Starej Republiki niezbędny jest
system gospodarczy oparty na nienaruszalnym prawie własności
prywatnej, na prawie każdego człowieka do posiadania nabytej
własności i do wymiany produktów swojej pracy. Żeby to osiągnąć,
musimy mieć pieniądze, których dostarczy wolny rynek, pieniądze
złote a nie papierowe, pieniądze, których jednostką będzie
określona wagowo ilość złota, a nie nazwa papierka wyemitowanego
przez rząd kierujący się swoim widzimisię. Inwestycje muszą
być uzależnione od prywatnych oszczędności, a nie od fałszywych
pieniędzy emitowanych przez nikczemny, uprzywilejowany przez
państwo system bankowy. Krótko mówiąc, musimy się pozbyć banku
centralnego i wymusić na bankach skrupulatne wypełnianie zobowiązań,
na równi z innymi podmiotami. Sprawy dotyczące pieniędzy i
banków przedstawiane są jako tajemnicze procesy, którymi kierować
może tylko elita technokratyczna. Nic podobnego. Złośliwy czarodziej
z krainy Oz wykiwał nas w sprawie pieniędzy w jeszcze większym
stopniu niż w pozostałych dziedzinach życia. I podobnie jak
w innych sprawach, tak również w kwestii pieniędzy, przywrócenie
zdrowego rozsądku i Starej Republiki idą ze sobą w parze.
>>> POWRÓT
do strony głównej
Skarbiec.Biz publikuje na
bieżąco najszerszy na rynku wybór informacji na temat dostępnych ofert
inwestycyjnych. Opracowane przez Skarbiec.Biz e-booki "Biblioteczka
inwestora" oraz "Encyklopedia prawa" są
największymi tego rodzaju przedsięwzięciami w polskojęzycznej
części Internetu.
Na "Skarbiec.Biz" składa się już ponad
2.500 stron internetowych. By pomóc Czytelnikom w odnalezieniu
się w takiej ilości materiału, opracowałem mapę
portalu.
Zachęcam również do korzystania
z wewnętrznej wyszukiwarki internetowej, która znajduje się w
prawnym, górnym rogu każdej strony serwisu.