Pobierz
artykuł jako PDF |
Pobierz
artykuł jako WORD
Amaranth Advisors - jak stracić sześć
miliardów w dziesięć dni?
[07.01.2007] Upadek funduszu hedgingowego zarządzanego przez Amaranth Advisors
LLC z całą pewnością można zaliczyć do najbardziej spektakularnych
katastrof, które zdarzyły się na globalnym rynku finansowym
na przełomie XX i XXI wieku, obok podobnych wypadków jakie
stały się udziałem banku inwestycyjnego Barings, prowadzonego
przez laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii R. Mertona
i M. Scholesa funduszu LTCM oraz Enron Corporation.
W kluczowych
dniach września 2006 r. Amaranth Advisors stracili ok. 55
procent kapitału w ujęciu rocznym, a w stosunku do stanu
kapitału z miesiąca poprzedzającego katastrofę - 65
procent.
W ten sposób fundusz, którzy jeszcze w sierpniu 2006 r. zarządzał
aktywami o wartości około dziewięciu miliardów dwustu
milionów dolarów, we wrześniu nie był w stanie wycenić swoich aktywów
powyżej poziomu około trzech i pół miliarda dolarów. Po drodze "wyparowało" więc
prawie sześć miliardów dolarów (wielkość ta ulega przypuszczalnie
dalszemu wzrostowi). Wszystko to jest tym bardziej szokujące,
że aż do ostatniej chwili inwestorzy i analitycy rynkowi nie
dostrzegali sygnałów zbliżającej się katastrofy.
Fundusz hedgingowy
Amaranth został założony w 2000 r. przez Nicholasa M. Maounis,
który wcześniej zarządzał portfolio papierów
dłużnych w Paloma Partners. Inwestycje energetyczne Amaranth
Advisors miał pod swoją opieką Brian Hunter, trader wywodzący
się z grupy kapitałowej Deutsche Bank i uchodzący za wysokiej
klasy fachowca, zaś łącznie Amaranth zatrudniał 115 specjalistów
od lokowania kapitału pracujących w biurach m.in. w Houston,
Londynie, Singapurze i Toronto.
Amaranth nie tylko posiadał profesjonalną kadrę zarządzającą,
ale - co jest równie istotne - w świetle znanych nam faktów
trudno jest wskazać w polityce tego funduszu sytuację porównywalną
z bezprawnymi działaniami prezesa Enronu Jeffrey'a
Skillinga czy "łajdaka na giełdzie", Nicka
Leesona w banku
Barings.
Ponieważ Amaranth był uważany za fundusz stabilny i
wiarygodny, stosownie do danych Associated Press hrabstwo
San Diego zainwestowało
w niego 175 milionów dolarów, a fundusz emerytalny
New Jersey - 25 milionów dolarów. Wśród inwestorów nie brakowało również
elity specjalistów od zarządzania aktywami w postaci Goldman
Sachs, Credit Suisse Group, Deutsche
Bank, Bank of New York czy Morgan
Stanley Institutional Fund of Hedge Funds LP.
Skoro
było tak dobrze, to dlaczego skończyło się tak źle? Wieko do
puszki Pandory uchyliły inwestycje w kontrakty terminowe
oparte na cenie gazu ziemnego, w które Amaranth Advisors zaangażowali
nieproporcjonalnie dużą część swojego portfela. By dobrze zrozumieć
tło tych działań trzeba jednak najpierw wyjaśnić ogólny trend
wzrostu cen nośników energii prowadzący do powstania "bańki
spekulacyjnej", jak również przeanalizować w bardziej
szczegółowy sposób politykę inwestycyjną przyjętą przez Nicholasa
M. Maounis.
Czy wzrost cen nośników energii wynika z wyczerpywania się
ich zasobów?
Jeszcze we wrześniu 2003 r. na giełdzie NYMEX baryłkę ropy
(~159 litrów) można było nabyć po cenie niższej niż 25 dolarów,
podczas gdy w połowie lipca 2006 r. osiągnęła ona poziom 78,40
dolarów. Choć wciąż cena ta była niższa niż w 1980 r., gdy
po uwzględnieniu inflacji należałoby ją szacować na poziomie
ok. 90 dolarów, to nie ulega wątpliwości, że w ostatnich latach
na ropie można było doskonale zarobić.
Prawda ta dotyczy również
wielu innych nośników energii, w tym także gazu ziemnego, jak
i znacznej części jeszcze szerzej
rozumianego rynku surowców naturalnych. Przykładowo od 2003
r., kiedy rozpoczęła się hossa do maja 2006 r. cena miedzi
wzrosła o 450 procent, natomiast w samym tylko okresie marzec
- maj 2006 r. o 80 procent.
Ten lawinowy wzrost cen natrętnie
przywodził na myśl spekulacje na temat wyczerpywania się światowych
zasobów surowców, co
musiałoby doprowadzić do gwałtownego wzrostu cen m.in. paliw
kopalnych i ich pochodnych. Zjawisko takie już od dawna przepowiadają
rozmaite teorie kryzysu energetycznego oraz teorie szczytu,
na czele z tzw. Hubbert peak theory, które są złożoną formą
dla wyrażenia trywialnej prognozy, że produkcja benzyny w czasie
będzie przypominać krzywą dzwonową - co oznacza, że wzrost
osiągnie swój punkt szczytowy, po którym produkcja zacznie
się kurczyć pomimo dalszego wzrostu popytu. W praktyce może
to oznaczać wzrost cen aż do "petrocollapse" - chwili
gdy nastąpi całkowite załamanie rynku paliwowego.
Na pierwszy
rzut oka powyższe rozumowanie wydaje się bez zarzutu, jednak
rzeczywistość jest bardziej złożona. Po pierwsze, choć
zasoby nośników energii i innych surowców naturalnych bez wątpienia
są ograniczone, to nie do końca wiemy, w jakim punkcie osi
czasu umieścić granicę ekonomicznej opłacalności ich dalszej
eksploatacji. Można wręcz postawić paradoksalnie brzmiącą tezę,
że pomimo intensywnej eksploatacji zasoby nośników energii
na świecie nie kurczą się wcale albo kurczą się w ograniczony
sposób.
Bardzo pomocny do zrozumienia tej prawidłowości jest
pomiar dokonywany tzw. "latami konsumpcji", tzn.
poprzez weryfikację na ile lat równie intensywnej konsumpcji
jak obecnie wystarczają znane aktualnie zasoby danego dobra.
Dla ropy naftowej w okresie 1920-2000 dostępność mierzona przyszłymi
latami konsumpcji wzrosła z 7-10 lat (wynik dotyczy Stanów
Zjednoczonych) w okresie do 1944 r., przez 15-20 lat w 1945
r., do 45 lat pod koniec XX wieku (dla całego globu). W efekcie,
na skutek postępu technicznego i odkryć geologów, w XX wieku
prawdą było jednocześnie to, że ilość ropy naftowej na Ziemi
się zmniejsza, jak i to, że rośnie jej dostępność oraz pewność,
że będzie dostępna w kolejnych latach. Do przekroczenia pewnej
wielkości progowej, po której dalsze kurczenie się zasobów
spowoduje bezpośrednie ograniczenie konsumpcji, nie sprawdza
się więc cała linearna logika zakładająca, że w miarę "wysychania" kolejnych
złóż ceny paliw kopalnych i innych surowców muszą rosnąć.
Po
drugie, choć zasoby wszystkich surowców naturalnych są ograniczone,
to dla każdego z nich można szukać naturalnych i syntetycznych
substytutów. W chwili obecnej jako podstawowe nośniki energii
wykorzystuje się złoża węgla kamiennego i brunatnego (70
procent światowych zasobów paliw kopalnych), ropy naftowej (16 procent)
oraz gazu ziemnego (14 procent). Ale oprócz nich istnieją
również złoża innych nośników energii, które obecnie są bardzo
słabo
wykorzystane np. hydratów (molekuł gazu otoczonych cząsteczkami
wody) oraz piasków smolistych i łupków
roponośnych. Dochodzą
do tego jeszcze odnawialne źródła energii, w tym energia
słoneczna, której ilość przypadająca na okrąg o średnicy Ziemi
wynosi
7-12 tysięcy razy więcej niż cała energia zużywana obecnie
przez gospodarkę człowieka.
Podsumowując powyższe rozważania
można powiedzieć, że choć zasoby surowców, w tym paliw kopalnych
są wielkością skończoną,
to nie do końca wiadomo czy fakt ten posiada jakiekolwiek
praktyczne konsekwencje dla ludzi Anno Domini 2007, może
poza bardzo ogólną
refleksją, że odpowiedzialność za przyszłe pokolenia nakazuje
korzystać z dóbr naturalnych z pewnym umiarkowaniem.
Surowcowa bańka spekulacyjna
Skoro nie mamy obecnie do czynienia z wyczerpywaniem
się zasobów, to co generuje gwałtowny wzrost cen surowców?
Po części wzrost cen paliw kopanych i innych surowców ma
charakter
naturalny, wynikający z faktu, że abstrakcyjnie rozumiana dostępność
dobra nie zawsze przekłada się na jego aktualną obecność na
danym rynku, którą warunkują również inne przyczyny gospodarcze,
społeczne i polityczne.
W naszym wypadku takimi czynnikami
warunkującymi praktyczną dostępność nośników energii były
w ostatnich latach m.in. wojna w Iraku, klęski żywiołowe w
Zatoce
Meksykańskiej oraz napięcia polityczne wokół irańskiego programu
jądrowego i rządów Hugo Chaveza w Wenezueli.
Z uwagi na duży
potencjał innych eksporterów ropy żadne z tych zdarzeń nie
wpłynęło bezpośrednio na globalne wydobycie, ale
każde z nich znalazło odzwierciedlenie w prognozach stanowiących
podstawę do wyceny kontraktów terminowych. A te natomiast mają
naturalną tendencję do przekształcania się w samospełniające
się przepowiednie, ponieważ duże zakupy kontraktów
terminowych na ropę wywołują takie sam efekt jak wzrost "realnego" popytu:
kontrakt nabyty w celach spekulacyjnych jest tak samo rzeczywisty
jak kontrakt nabyty w celu zabezpieczenia transakcji nabycia
ropy w określonym momencie w przyszłości.
Wydaje się, że drugim
czynnikiem jest spekulacja, choć opinie ekspertów nie są w
tym względzie zgodne. Wzrost cen surowców
przyciągnął do nich uwagę funduszy hedgingowych, a ich intensywne
zakupy spowodowały dalszy wzrost cen, co jeszcze akcelerowało
zainteresowanie inwestorów lokowaniem środków w surowce. Prawdziwa
eksplozja rozwiązań inwestycyjnych opartych na nośnikach energii
miała miejsce w 2005 r., gdy inwestycje w różne segmenty rynku
energetycznego przynosiły stopy zwrotu na poziomie 15 procent
- 100 procent, podczas gdy globalna średnia wyników funduszy
hedgingowych nie przekraczała 8 procent. Pod koniec 2005 r.
Global Change Associates szacowało już, że
istnieje co najmniej 440 funduszy hedgingowych specjalizujących
się w inwestycjach
energetycznych. W tym samym roku Goldman Sachs oraz Morgan
Stanley raportowały zyski na swoich energetycznych
inwestycjach sięgające poziomu 1,5 mld dolarów każdy, a własne
zespoły traderów
na rynku ropy, gazu i energii rozbudowały także Citigroup,
JPMorgan Chase, Credit Suisse, First
Boston, Barclays, Société
Générale oraz inni kluczowi gracze na rynku bankowości inwestycyjnej.
Zainteresowanie
inwestycjami w sektor energetyczny przejawiało się nie tylko
zakupami akcji spółek energetycznych, ale również
wzrostem obrotu samymi paliwami kopalnymi oraz instrumentami
pochodnymi opartymi na cenach nośników energii. Co prawda eksperci
różnią się w szacunkach jak duże środki fundusze wpompowały
w instrumenty pochodne oparte na cenach nośników energii, tym
niemniej zazwyczaj wymieniają kwoty od 60 do 120 mld dolarów.
Tak duży napływ pieniądza generuje ogromną płynność rynku
energetycznych instrumentów pochodnych, stanowiącą niekwestionowaną
wartość
dla podmiotów, które nabywają instrumenty pochodne w celu zabezpieczenia "rzeczywistych" transakcji
dokonywanych na rynkach paliw i energii. Jednak jej ubocznym
skutkiem są również znaczące wahania cen. Cytowany przez "New
York Times" Arthur Gelber, założyciel firmy doradztwa
energetycznego Gelber & Associates szacował, że zmienność
cenowa rynku gazu pięciokrotnie przekracza analogiczny współczynnik
dla rynku akcji. Powoduje to, że nawet w warunkach długoterminowego
trendu wzrostu cen nie jest łatwo zarabiać na "energopochodnych" spekulacjach.
Duże
wahania kursu to nie jedyny czynnik ryzyka. W ślad za takim
wzrostem liczby funduszy i wolumenu transakcji idzie
również szybki wzrost liczby zarządzających oraz traderów.
Jednak, wbrew nadziejom Fryderyka Engelsa ilość niekoniecznie
przechodzi w jakość, co w praktyce oznacza, że duża liczebność
menadżerów zajmujących się sektorem energetycznym nie oznacza
jeszcze równie wysokiej wartości ich pracy. W rzeczywistości
rynek energetyczny jest wyjątkowo złożony i do obracania na
nim kwotami sięgającymi setek milionów dolarów przydatne jest
zrozumienie szerokiego spektrum diametralnie od siebie odmiennych
zagadnień, począwszy od polityki wewnętrznej Domu Saudyjskiego,
a skończywszy na prognozach pogody dla Zatoki Meksykańskiej.
Rynek
spekulacji instrumentami "energetycznymi",
jak je tutaj umownie nazwiemy, rozrósł się i zdynamizował również
z uwagi na to, że handel nimi wyszedł daleko poza swoją tradycyjną
niszę w postaci giełdy New York Mercantile Exchange
(NYMEX).
Kluczową rolę w tym procesie uzyskały platformy elektroniczne
których przedsmak na rynku polskim dają inwestorom indywidualnym
np. "XTB Opcje" oferowane przez dom maklerski X
Trade Brokers, umożliwiające obrót instrumentami opartymi m.in. na
ropie, złocie, srebrze, cynku i miedzi. Takie same transakcje,
ale na nieporównanie większą skalę są przeprowadzane na wielu
innych platformach tworzących globalny rynek OTC (Over The
Counter) w szczególności na Intercontinental Exchange, która
oferuje kontrakty m.in. na ropę i produkty jej rafinacji, gaz
i energię.
Dobre złego początki
Wiedząc już jakie było szersze tło ekonomiczne inwestycji
w instrumenty pochodne oparte na cenie gazu ziemnego wrócić
możemy do Amaranth Advisors LLC.
Wedle pierwotnych założeń
Amaranth miał prowadzić inwestycje oparte na multistrategii,
zapewniającej możliwość aktywnego
alokowania środków do najbardziej obiecujących branż. Choć
po kilku latach tradycyjne segmenty multistrategii Amaranth
nie przynosiły już oczekiwanych zysków, to w 2005 r. Amaranth
Advisors zarobili dla swoich klientów około miliard dolarów,
w znacznej mierze dzięki wykorzystaniu wzrostu cen energii
i jej nośników.
W styczniu 2006 r. twórca funduszu, Nicholas
Maounis przekazał w zarząd zajmującego się inwestycjami energetycznymi
Briana
Huntera cały miliard dolarów na którym Hunter zarobił w ciągu
kolejnych czterech tygodni kolejne trzysta milionów. Przez
cztery pierwsze miesiące 2006 r. Amaranth przyniósł łącznie
swoim inwestorom prawie 30 procent zysku, podczas gdy średnie
wyniki w segmencie multistrategii oscylowały wokół 5,4 procent.
Na koniec czerwca w rękach Huntera znajdował się już nie jeden
miliard, ale ponad połowa wszystkich aktywów Amaranth, dzięki
czemu od czerwca do sierpnia 2006 r. fundusz zarobił około
1,35 miliarda dolarów, wznosząc jego stopę zwrotu na wprost
astronomiczny poziom. Drugą stroną tej monety był jednak fakt,
że multistrategia Amaranth Advisors zaczęła się przekształcać
w monokulturową uprawę opcji na gaz ziemny.
Nawet obecnie, w
obliczu informacji o gigantycznych stratach, trudno jest podważyć
kompetencje Huntera jako profesjonalisty
ze znacznym doświadczeniem praktycznym. Problem polega jednak
na tym, że nawet przy użyciu wyrafinowanych metod analizy fundamentalnej
oraz systemów analizy technicznej rynek kontraktów na nośniki
energii jest bardzo trudny do antycypowania i dlatego Amaranth
Advisors popełnili kardynalny błąd tak silnie koncentrując
swoje inwestycje w niebezpiecznym sektorze. Wedle nieoficjalnych
informacji ryzyko związane z taką sytuacją w porę zidentyfikowali
tylko menadżerowie Blackstone Alternative Asset Management,
którzy pomimo obiecujących wyników podjęli decyzję o wyjściu
z funduszu Amaranth.
Wraz z przeniesieniem ośrodka ciężkości
na jeden rodzaj inwestycji doszło do niezwykle silnej koncentracji
procesu decyzyjnego
w rękach jednej osoby - Briana Huntera. W rezultacie, wedle
informacji "Bloomberga" tylko w ciągu jednego tygodnia
września 2006 r. całkowicie błędne prognozy Huntera doprowadziły
do utraty 4,6 mld dolarów, która to suma wzrosła ostatecznie
do 6,6 mld do końca września.
Resztki energetycznego portfolio
Amaranth trafiły do Citadel Investment Group oraz JPMorgan
Chase...
Upadki innych funduszy hedgingowych
Warto podkreślić, że na rynku funduszy hedgingowych inwestujących
w sektor energetyczny upadek Amaranth nie stanowi zdarzenia
bezprecedensowego.
W sierpniu 2005 r., po zaledwie dziewięciu
miesiącach działalności swój żywot zakończył inny fundusz hedgingowy
oparty na inwestycjach
w nośniki energii - Enchanted Rock Capital. W ciągu swojej
krótkiej działalności Enchanted Rock Capital stracił 7,5 procent
z 150 mln dolarów jakie powierzyli mu inwestorzy. Strata nie
była więc znacząca i na decyzję o likwidacji działalności w
większym chyba stopniu wpłynęły nieproporcjonalnie duże zyski
konkurencji niż rozmiar ubytku we własnych środkach. Tym niemniej,
jak wówczas szacował Barclay Trading, spośród czterdziestu
trzech przeanalizowanych funduszy hedgingowych inwestujących
w sektor energetyczny w pierwszym półroczu 2005 r. sześć poniosło
straty.
Kolejny poważny dzwonek ostrzegawczy stanowiły zawirowania
cenowe związane z huraganami Kartina i Rita. Choć byli tacy,
którzy na wzroście cen zarobili majątek to straty ponieśli
inwestorzy, którzy prognozowali spadek cen gazu jesienią 2005
r. W okresie destabilizacji cen znaczące straty na spekulacji
instrumentami opartymi na cenach nośników energii poniosły
m.in. fundusze hedgingowe zarządzane przez Citadel
Investment Group oraz Ritchie Capital Management. Według nieoficjalnych
szacunków, które cytował "Forbes" straciły one odpowiednio
150 mln i 100 mln dolarów.
Na początku sierpnia 2006 r. serwisy
agencyjne obiegła informacja o zakończeniu działalności przez
fundusz MotherRock, który
został założony przez byłego prezesa nowojorskiej giełdy NYMEX
z lat 2001-2004, Roberta "Bo" Collinsa. Fundusz,
działający od listopada 2004 r., koncentrował się na inwestycjach
w kontrakty terminowe na gaz. Co prawda w 2005 r. wypracował
dla swoich udziałowców stopę zwrotu na poziomie ok. 20 procent,
ale w czerwcu 2006 r. MotherRock stracił ok. 24 procent kapitału,
a lipcu kolejne ok. 25 procent. Po stracie połowy aktywów na
przestrzeni dwóch kolejnych miesięcy Collins nie ryzykował
weryfikacji praktycznej jaki wynik przyniesie sierpień 2006
r. i podjął decyzję o likwidacji funduszu. Zdarzenie to pokazuje,
że nawet dla wysokiej klasy specjalistów wartki nurt rynku
kontraktów terminowych okazuje się bardzo zdradliwy, chociaż
skala strat była nieporównywalna z Amaranth, bowiem w pierwszej
połowie 2006 r. fundusz MotherRock obracał "zaledwie" kwotą
ok. 430 milionów dolarów.
Kilka tygodni później nastąpił wspomniany
na wstępie upadek funduszu Amaranth, który jednak nie zamknął
cyklu podobnych
zdarzeń. W październiku Ritchie Capital zarządzający łącznie
funduszami o wartości 2,8 mld dolarów ogłosił zamiar całkowitego
zakończenia działalności funduszu Ritchie Energy
Trading,
aczkolwiek zarządzający nie ujawnili, czy fundusz poniósł istotne
straty,
które mogłyby stanowić podstawę dla takiej decyzji.
Podkreślić
należy, że fundusze związane z sektorem energetycznym nie
posiadają monopolu na efektowne klęski. Wśród innych
wielkich przegranych rynku hedge warto wymienić Aman
Capital,
Bailey
Coates Cromwell Fund, Long-Term Capital
Management, Marin
Capital oraz Tiger Funds, spośród których żaden nie był
związany z
tym segmentem rynku.
Podsumowanie
Większość funduszy hedgingowych działa w oparciu o "multistrategie" stanowiące
zaprzeczenie filozofii "polityk inwestycyjnych",
jakie z mocy prawa muszą przyjmować klasyczne fundusze inwestycyjne.
Polityka taka jest sztywnym gorsetem narzuconym zarządzającym
i powoduje, że np. fundusz obligacji dolarowych zawsze musi
inwestować w obligacje skarbowe, korporacyjne czy municypalne
o określonym ratingu i denominowane w dolarach, nawet jeśli
wahania kursu USD/PLN w oczywisty sposób powodują, że inwestor
złotówkowy nie może na takiej strategii zarobić. Dlatego
średniej klasy spekulant, który w styczniu 2006 r. kupił akcje
Energopolu mógł przez rok zarobić ok. 670 procent - podczas, gdy bardzo
wysoko oceniany fundusz Pioneer Obligacji Dolarowych
Plus od sierpnia 2002 r. do końca października 2006 r. w przeliczeniu
na złotówki zyskał zaledwie ok. 6,3 procent.
Z drugiej strony
istnienie jednoznacznych i wiążących dla zarządzających polityk
inwestycyjnych zwiększa także przewidywalność otwartych
funduszy inwestycyjnych, co czyni z nich łatwiejsze w obsłudze
narzędzia do lokowania kapitału dla inwestorów nie związanych
zawodowo
z rynkiem finansowym (w naszym przykładzie: inwestorów uzyskujących
dolarowe przychody i szukających dolarowych, stabilnych inwestycji).
Natomiast
fundusze hedgingowe szukają swojej szansy wszędzie tam, gdzie
pojawia się okazja do uzyskania wysokich stóp zwrotu.
Dlatego w ich portfelach inwestycyjnych znajdują się obok siebie
akcje spółek giełdowych i zamierzających wejść na giełdę (tzw. "pre-IPO"),
udziały spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, instrumenty
pochodne oparte na walutach czy indeksach giełdowych, ale również
inwestycje w całkowicie materialne dobra, jak nieruchomości
albo surowce naturalne.
Uśredniając wyniki wszystkich instytucji
tego rodzaju stwierdzimy, że nie jest prawdą jakoby fundusze
hedgingowe zawsze zarabiały
więcej niż standardowe otwarte fundusze inwestycyjne. Przykładowo,
wedle danych Hedge Fund Research w październiku 2006 r. średnia
roczna stopa zwrotu funduszy hedgingowych wyniosła 9,22 procent,
co nie jest wynikiem szokującym na tle indeksu giełdowego Standard & Poor's
500, który w tym samym czasie wzrósł o 12 procent. Tym niemniej
z całą pewnością zarabiają one w inny sposób i dlatego ich
udział w portfelu inwestycyjnym zwiększa jego odporność na
gwałtowne zmiany sytuacji na giełdach papierów wartościowych
i wahania wyceny papierów skarbowych.
Nie ulega także wątpliwości,
że w rękach dobrego zarządzającego wieloletnie wyniki funduszy
hedgingowych przekraczają osiągnięcia
otwartych funduszy inwestycyjnych. Do legendy przechodzą wypadki,
gdy fundusze tego rodzaju potrafiły zarobić astronomiczne kwoty
na przestrzeni krótkich odcinków czasu. Warto w tym miejscu
wymienić choćby Atticus Capital, który w ciągu jednego listopadowego
dnia 2006 r. zyskał na wartości więcej niż 600 milionów dolarów
oraz fundusz Quantum, który w 1992 r. zyskał prawie miliard
dolarów na spekulacyjnym ataku na kurs funta (jak podaje Nicholas
Dunbar w "Alchemii Pieniądza" inwestorzy, którzy
zainwestowaliby 1000 dolarów w pierwszym roku działalności
Quantum, otrzymaliby w 2000 r. ponad 3 miliony dolarów).
Chociaż
na kanwie upadku Amaranth wiele się mówi o tym, że fundusze
hedgingowe są "niebezpieczne", w związku
z czym należy "uregulować" ich działalność, to wydaje
się, że takie postulaty opierają się na niewłaściwym rozumieniu
bezpieczeństwa inwestycji (pomijam tu już rozważania, czy w
ogóle rozbudowa regulacji prawnych przyczynia się do wzrostu
bezpieczeństwa uczestników obrotu). W rzeczywistości bezpieczeństwo
powstaje nie tylko dzięki inwestycjom w niskodochodowe przedsięwzięcia
w stylu zakupu bonów skarbowych, ale także dzięki jednoczesnemu
korzystaniu z wielu ryzykownych możliwości które są ze sobą
ujemnie skorelowane.
Kluczem do bezpieczeństwa inwestycji w
fundusze hedgingowe nie jest więc wciskanie ich w konwencję
klasycznych funduszy inwestycyjnych, ale umiejętna dywersyfikacja
portfela, która zapewnia pewien stopień amortyzacji dla potknięć
inwestycyjnych, które zdarzają się i będą się zdarzać nawet
najlepszym specjalistom od asset management.
Robert Nogacki [Skarbiec.Biz]