Biblioteczka
inwestora Portalu Skarbiec.Biz
Robert Nogacki
Ciemna strona Mocy, czyli rynek OTC
od kuchni
[03.11.2007] Z uwagi na rosnącą popularność
platform elektronicznych, dzięki którym inwestorzy detaliczni
próbują
podejmować
aktywność na
globalnym, nieregulowanym rynku hurtowej wymiany instrumentów
finansowych, zwanym popularnie rynkiem Over-the-Counter
("rynek
OTC"), warto jest pokusić się o systematyczny opis
ryzyk prawnych, które mogą wiązać się z taką działalnością.
Jest to tym bardziej istotne, że panująca obecnie
fascynacja możliwościami, jakie oferuje rynek OTC w połączeniu
z
brakiem rzetelnej wiedzy na temat zasad funkcjonowania
tego rynku
stanowi wyjątkowo podatne środowisko dla różnego rodzaju
nadużyć. Ich
praktycznymi przykładami na polskim rynku kapitałowym
mogą być choćby afery Kuvera Capital Management, WGI
Domu Maklerskiego
S.A., Intebrok
Investment sp. j. albo Finansowego Serwisu
Netforex sp. z o.o.
Poniżej zamieszczam krótką charakterystykę
rynku OTC i dokonywanych na nim transakcji, a następnie opis
"ciemnej strony" tego
rynku, czyli ryzyk prawnych, widzianych przez pryzmat
interesów
detalicznych
uczestników transakcji na rynku OTC. Jak szczegółowo
wyjaśniam w poniższej publikacji, w wielu wypadkach
reguły gry pomiędzy
podmiotami zarządzającymi elektronicznymi platformami
do detalicznej wymiany na rynku OTC ("brokerami"),
a ich klientami są ułożone w sposób wyjątkowo nieekwiwalentny,
jednoznacznie
faworyzując brokerów kosztem ich klientów. Detaliczni
uczestnicy rynku OTC są więc zazwyczaj w znacznie gorszej
sytuacji niż
ich profesjonalni odpowiednicy, których sukcesy tak
rozpalają wyobraźnię drobnych inwestorów.
Czym jest
rynek OTC?
Rynek OTC to nieregulowany, spontanicznie
powstały system wymiany hurtowych ilości walut i instrumentów
finansowych
poza zorganizowanymi
systemami obrotu takimi jak giełdy papierów wartościowych.
Używając tego terminu należy jednak pamiętać, że
nie pojęcie "rynek
OTC" nie posiada konkretnego desygnatu i w pewnym
sensie używanie go ma charakter konwencji językowej.
W rzeczywistości,
wymiana hurtowych ilości walut oraz instrumentów
finansowych, dokonywana pomiędzy instytucjami finansowymi
poza rynkami
regulowanymi, nie posiada jednolitej, zorganizowanej
postaci, którą można
by nazwać "rynkiem" w takim sensie jak
rynkiem jest np. London Stock Exchange albo NewConnect.
Pomimo
pewnych wspólnych
zwyczajów, poszczególne kontrakty będące w obrocie
na OTC, jak i transakcje dokonywane na tych kontraktach,
podlegają
różnym systemom prawa oraz jurysdykcjom sądów położonych
w różnych państwach, w zależności od standardów tych
kontraktów, bądź indywidualnych umów miedzy stronami
transakcji. Nie
istnieją
też żadne instytucje nadzorujące rynek OTC jako całość,
ani wiążące kursy po których strony dokonywałyby
transakcji. Duża część transakcji dokonywana jest w drodze
dwustronnych umów, których treść nie musi być znana
innym uczestnikom rynku, a zlecenia realizacji takich
transakcji nie przechodzą przez żadną z elektronicznych
platform o których mowa poniżej.
W ramach rynku OTC można wyróżnić kilka
segmentów. Najlepiej znany inwestorom detalicznym
jest rynek
walutowy (Forex,
OTCFX), na którym instytucje finansowe wymieniają
się hurtowymi ilościami
walut. Wedle definicji Banku Rozrachunków Międzynarodowych
(BIS) na rynek walutowy składają
się: kasowe transakcje walutowe (spot transactions),
swapy walutowe (fx
swaps) oraz walutowe
transakcje terminowe (outright-forwards).
Kolejny, blisko związany z Forexem segment rynku
OTC, to rynek
walutowych
instrumentów
pochodnych, do którego zalicza się: dwuwalutowe transakcje
wymiany płatności odsetkowych (cross
currency interest rate swaps - CIRS)
oraz opcje walutowe (FX options). Oprócz tego
istnieje m.in. segment rynku instrumentów
pochodnych stopy procentowej, do którego, zgodnie z metodologią
BIS, należą
kontrakty przyszłej stopy procentowej (forward
rate agreements - FRA), transakcje wymiany
płatności odsetkowych (interest
rate swaps - IRS), w tym transakcje
swap, dla których stawką referencyjną jest stopa
oprocentowania depozytów
jednodniowych
O/N (OIS - overnight index swaps)
oraz opcje stopy procentowej (interest rate
options).
Ponadto, w obrocie na rynku OTC
bardzo popularne są instrumenty pochodne w postaci kontraktów
różnic kursowych (CFD -
contracts for difference), których wartość zależy
od różnicy między
kursami określonych instrumentów bazowych (np. walut,
akcji).
Jeszcze inny segment stanowią instrumenty
pochodne oparte na kursach instrumentów bazowych jakimi są surowce
i towary. W
praktyce bardzo popularne są kontrakty na metale
szlachetne, płody rolne czy nośniki energii.
Jakie
dokładnie są rozmiary rynku OTC?
W praktyce najlepszym źródłem
informacji na temat rynku OTC
są wykonywane
co trzy lata badania Banku Rozrachunków Międzynarodowych.
Ostatnie,
wstępne wyniki takiego badania, sporządzonego
na podstawie danych uzyskanych z 54 banków centralnych
i organów
nadzoru
na całym świecie, zostały opublikowane we wrześniu
tego roku, pod tytułem "Triennial Central
Bank Survey of Foreign Exchange and Derivatives
Market Activity in April 2007".
W ocenie BIS, wyniki badania wskazują na bezprecedensowy
rozwój rynku OTC. W stosunku do wyników badania
z 2004 r. wzrost obrotów
w segmencie foreksowym wyniósł 71 proc. (liczone
według aktualnych kursów wymiany), do kwoty
3,2 biliona dolarów dzienne. Także
o 71 proc. wzrósł obrót na foreksowych instrumentach
pochodnych, osiągając w kwietniu 2007 r.
poziom 2,1 biliona dolarów dziennie.
Wejście inwestorów detalicznych na rynek OTC i
ekspansja platform elektronicznych
Do niedawna OTC był
takim obszarem globalnego rynku finansowego, który prawie w całości
zagospodarowywały
wielkie konglomeraty
finansowe, do których z trudem dołączały
banki inwestycyjne i inwestorzy korporacyjni. Oczywiście,
indywidualni
konsumenci również w jakiś sposób ten rynek
współtworzyli: można
przecież powiedzieć, że wśród twórców rynku
Forex znaleźć możemy
np. turystów, którzy usiłują zakupić dinary
tunezyjskie oraz
colony kostarykańskie albo np. drobnych przedsiębiorców,
którzy wymieniają
rupie pakistańskie na funty libańskie albo
peso argentyńskie na izraelskie szekle. Jednakże
ich
udział w wymianie
na rynku OTC (w tym na Forex) miał jak dotąd
charakter
głównie
pośredni,
ponieważ nie posiadali oni dostępu do wymiany
międzybankowej, ale raczej pełnili funkcję
jej docelowych beneficjentów.
Pod koniec
XX wieku sytuacja uległa zmianie, ponieważ rozpoczął się dynamiczny
rozwój
elektronicznych platform wymiany
walutowej, co wydatnie obniżyło koszty
wejścia na rynek i rozpoczęło
gwałtowny rozwój fenomenu gry na
Forexie przez inwestorów indywidualnych.
Piszemy tu o "grze", gdyż inwestorzy używający
platform
forexowych nie wymieniają waluty A na walutę
B ponieważ potrzebują
waluty B, ale dlatego że chcą zarobić na
zmianie kursów walut albo
zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym.
W ten sposób doszło do wyodrębnienia się
na rynku
Forex
nowego
segmentu, jaki
tworzą indywidualni nabywcy walut oraz
kontraktów terminowych, którzy
podejmują działania w celach spekulacyjnych
albo z zamiarem uniknięcia ryzyka kursowego.
Jest
to segment niebankowy,
w którym miejsce dzielą fundusze hedgingowe,
firmy asset management
oraz drobni gracze indywidualni, a wymiana
jest dokonywane za pomocą platform elektronicznych.
Poniższe uwagi dotyczą przede wszystkim platform
elektronicznych, których oferta
jest adresowana
do drobnych inwestorów
indywidualnych (których nazywam tutaj "inwestorami
detalicznymi").
Czym są platformy
elektroniczne? Technicznie rzecz biorąc
platforma elektroniczna
to przede wszystkim
elektroniczny
system przekazywania
zleceń od klienta do brokera działającego
na rynku OTC, połączony z rachunkiem
pieniężnym. Wszystkie
środki jakie
wpłacamy
na taki rachunek stanowią tzw. free
margin,
czyli możemy je użyć
do nabycia dowolnych, dostępnych na danej
platformie
instrumentów finansowych. Kiedy dokonamy
dowolnego zakupu część środków
zostanie zablokowana jako depozyt zabezpieczający
pod taką transakcję (tzw. margin; procentowy
udział margin
w ogólnej
wartości naszych środków to margin
level).
Jeśli dokonujemy zakupu za posiadane
środki, to depozyt
będzie wynosił
dokładnie tyle, co wartość instrumentu
w chwili zakupu (z zastrzeżeniem
spreadu - pojęcie wyjaśnione poniżej).
Możliwe jest jednak również zastosowanie
tzw. lewara,
czyli uzyskanie
pożyczki
od brokera, co powoduje, że wartość naszego
depozytu stanowi tylko pewną część wartości
transakcji.
Czym platformy elektroniczne
na rynku OTC różnią się od rynków regulowanych?
Większość
detalicznych uczestników rynku OTC, to osoby które najpierw zaznajomiły
się z zasadami
obrotu na
tzw. rynkach
regulowanych, takich jak choćby Giełda
Papierów Wartościowych w Warszawie.
Często popełniają
one
duży błąd, przenosząc
na OTC wyobrażanie ukształtowane przez
ich wiedzę o funkcjonowaniu rynków
regulowanych. W szczególności
wydaje im się, że
platforma elektroniczna stanowi rodzaj "giełdy" na
której nabywcy i zbywcy instrumentów
wymieniają się ofertami kupna
i sprzedaży,
co prowadzi do ukształtowania się pewnego
kursu danego instrumentu.
Choć "prawdziwy" rynek
OTC działa mniej więcej w taki sposób,
to kwoty którymi
posługuje się
inwestor detaliczny są zbyt małe, aby
był on w stanie włączyć się bezpośrednio
w rynek OTC. Dlatego, w ramach platform
adresowanych
do inwestorów detalicznych broker występuje
nie tylko w roli dostawcy infrastruktury
technicznej do handlu na platformie,
ale także częstokroć pełni rolę kontrahenta
- drugiej strony
transakcji z klientem (o czym klient
nie musi nawet wiedzieć). Następnie
broker kompensuje wszelkie transakcje
dokonane na
danym instrumencie w ramach swojej
platformy i dokonuje transakcji zabezpieczających
w odniesieniu do nieskompensowanej
reszty
na "prawdziwym" rynku OTC.
Poszczególni brokerzy, którzy zajmują
się dostarczaniem rozwiązań dla inwestorów
detalicznych organizują
więc pewnego rodzaju
rynki zamknięte (takie swoiste, OTC
Lite), które działają w sposób
odmienny nie
tylko
od rynków
regulowanych, ale także inaczej niż
prawdziwy rynek OTC na którym
poruszają
się inwestorzy
instytucjonalni. Kluczowa różnica polega
na tym, że
cena instrumentu
finansowego, jaką widzimy na platformie
elektronicznej nie jest prostym efektem
gry sił popytu i
podaży, ale de facto
stanowi jednostronne oświadczenie brokera
organizującego daną platformę (tzw.
market maker). Broker,
będąc drugą stroną transakcji,
wskazuje inwestorom, po jakiej cenie
gotów jest zawierać z klientem transakcje
(tzw.
kwotowanie), a klient
może się zgodzić
albo nie, ale nie przysługuje mu roszczenie
o
otwarcie albo zamknięcie pozycji po
cenie którą klient uważa
za "właściwą".
Broker może więc zarabiać na różnicy
między ceną jaką wskazuje na swojej
platformie a ceną, którą sam jest w
stanie uzyskać
na "prawdziwym" rynku OTC (to, na ile
brokerzy potrafią efektywnie korzystać
z tej możliwości, stanowi już odrębny
temat). Teoretycznie
występowanie tzw. "off-market
pricing" (cen nierynkowych)
na platformach elektronicznych daje
pewne możliwości zarabiania na arbitrażu,
ale w rzeczywistości brokerzy skrupulatnie
wyłapują
tzw. "pickers",
którzy usiłują zarabiać na tych różnicach
i w miarę swoich możliwości utrudniają
taką działalność.
Należy podkreślić, że cena po której market maker
gotów jest zawierać transakcję z nami nie musi być identyczna z
ceną podawaną w tej samej chwili przez innych market makerów, ani
nawet identyczna z ceną którą ten sam market maker proponuje innym
osobom. Co do zasady rozwiązanie to wydaje się rzetelne (trudno
zmuszać brokera do zawierania transakcji), ale należy pamiętać,
że przy kwotowaniu broker może brać pod uwagę nie tylko popyt i
podaż, ale szereg innych czynników np. swoje zyski. Aby osłodzić
klientowi związane z tym ryzyko, market makerzy często zobowiązują
się, że ceny które będą proponować swoim klientom będą racjonalnie
powiązane z cenami stosowanymi powszechnie na rynku, ale nawet
wtedy zastrzegają sobie możliwość wprowadzania rozbieżności np.
z uwagi na wolumen transakcji, zmienność sytuacji rynkowej albo
opóźnienia w komunikacji. Nawet jeśli market maker zobowiązuje
się stosować ceny "obowiązujące na rynku OTC", to należy
pamiętać, że takiemu zobowiązaniu trudno przypisać precyzyjną treść,
albowiem - jak pisałem powyżej - rynek OTC składa się z dużej liczby
indywidualnych transakcji w których ceny mogą się od siebie różnić.
Zazwyczaj można z tych transakcji wyciągnąć pewną średnią cenę,
w której podawaniu specjalizują się niektóre serwisy informacyjne
(np. Reuters), ale markter makerzy nie zobowiązują się stosować
dokładnie takich samych cen, a co najwyżej obligują się dołożyć
starań, aby ich ceny nie odbiegały bardzo od cen z podawanych przez
uznane serwisy.
Z opisanej powyżej różnicy pomiędzy prawdziwym
rynkiem OTC a "OTC Lite" z którym stykają się inwestorzy indywidualni
na platformach elektronicznych, wynika bardzo istotny wniosek:
z uwagi na ingerencję brokera w proces kształtowania ceny na "OTC
Lite" trudniej jest stosować narzędzia analizy technicznej
i popularne "sygnały Forex", które stanowią
rekomendacje zakupu albo sprzedaży instrumentów w zależności od
wskaźników analizy
technicznej.
O innym aspekcie zjawiska, ryzyku nadużywania
przez brokera pozycji market makera w celu zarabiania kosztem klienta,
piszę poniżej,
w punkcie "Zawirowania w działaniu platform elektronicznych".
Spread
Kolejne potencjalne źródło zarobku
dla brokera stanowi różnica pomiędzy
ceną
po jakiej broker
gotów jest
nam odsprzedać instrument finansowy
oraz go od nas kupić,
zwana spreadem.
Korzystanie
ze spreadu stanowi jedno z głównych
źródeł nadużyć, jakie mogą popełniać
instytucje
zarządzające aktywami inwestorów
detalicznych
na rynku OTC. Dzieje się tak w
przypadku zastosowania tzw. churningu, czyli
generowaniu przez zarządzającego
rachunkiem
nadmiernej liczby transakcji kupna
i sprzedaży instrumentów finansowych
w
celu pobierania
prowizji
od każdej
z nich (pojęcie
to wyjaśniałem bliżej w innym opracowaniu "Biblioteczki
inwestora" Portalu Skarbiec.Biz).
Typowa jest sytuacja, kiedy podmiot oferujący
nam zarządzanie środkami na rynku OTC jest jednocześnie brokerem
wprowadzającym dla market makera, który zarządza platformą
elektroniczną. Broker wprowadzający to mówiąc wprost "naganiacz" -
osoba, która otrzymuje od organizatora platformy pewien udział
od obrotów
generowanych przez klientów, których pozyskał. Dzięki statusowi
brokera wprowadzającego makler może więc zarabiać na zarządzaniu
naszym rachunkiem bez względu na to, czy klient zyskuje czy traci.
Często klienci nie są nawet świadomi faktu, że podmiot zobowiązujący
się zarządzać ich środkami jest jednocześnie brokerem wprowadzającym
i pobiera z tego tytułu prowizję od market maker'a.
Ogromna
większość oszustw na foreksie
polega
na tym, że makler generuje dużą
liczbą transakcji na rachunku
klienta i
uzyskuje pieniądze
dzięki udziałowi w zyskach
brokera ze spreadu, jednocześnie
trwoniąc pieniądze swoich klientów.
Czym
jest, a czym nie jest lewar?
Zanim
przejdziemy w naszym rozumowaniu dalej warto jest precyzyjnie
wyjaśnić, czym jest,
a czym nie
jest lewar,
ponieważ należy
on do najbardziej zmitologizowanych
instytucji rynku OTC.
Ponieważ
rynek OTC powstał wokół bardzo dużych transakcji, to
najmniejsze wartości
transakcyjne,
z jakimi można
wejść na ten rynek (zwane lotami)
wynoszą zazwyczaj sto tysięcy
jednostek danego instrumentu
(np. sto tysięcy jednostek
waluty). Aby umożliwić inwestorom detalicznym
wejście
na ten rynek brokerzy kredytują
ich
transakcje. Różnica
między
kwotą depozytu
zabezpieczającego użytego do
transakcji,
a
wartością dokonanej transakcji
to ów "lewar". Jeśli
więc minimalny depozyt zabezpieczający
stosowany przez
danego brokera wynosi 0,05
lota, a minimalna jednostka
transakcji
wynosi jeden lot,
to znaczy, że broker
pożycza nam równowartość 0,95
lota.
Dlaczego brokerzy są
skłonni pożyczać pieniądze
ludziom,
których wiarygodności
kredytowej
nawet nie badają?
Hipoteza pierwsza
mówi, że wszyscy brokerzy na
świecie są po cichu kontrolowani
Zgromadzenie
Misjonarek
Miłości,
które za pomocą lewarowania
transakcji swoich klientów
prowadzą dzieło miłosierdzia
wśród inwestorów
całego
świata. Natomiast zgodnie
z drugą hipotezą
brokerzy pożyczają swoim klientom
tak chętnie pieniądze, ponieważ
umieją liczyć lepiej
niż oni.
Skupmy na hipotezie
drugiej, rozważając bardzo prosty przykład:
- załóżmy, że dla pary PLN/EUR
cena bid wynosi 3.6779, a
cena ask 3.6839.
Przyjmujmy,
że
nasz kapitał wynosi
cztery złote
i wykonamy na nim prostą
transakcję zakupu jednego euro i
jego natychmiastowej sprzedaży
(w praktyce na platformie
nie wykonalibyśmy transakcji na
tak małą skalę).
Jedno
euro kupimy za 3,6839, a
sprzedamy za 3,6779,
co oznacza,
ze na takiej
transakcji
"zniknie" nam około jeden
grosz (nawet mniej, bo 0,6 grosza,
ale z braku
odpowiednio
małej
jednostki
rozliczeniowej
zaokrąglimy to rozliczenie
do jednego grosza);
- a teraz zastosujmy do tej
transakcji stukrotny lewar.
Zakupimy więc
sto euro za łączną kwotę
368,39 złotych
(z tego 4 zł
to nasze pieniądze, a 364,39
to pożyczka), a sprzedamy
je za 367,79.
W tym wypadku koszt naszej
transakcji wynosi 0,60 zł
(z łącznej kwoty
depozytu
wynoszącej
4 zł).
Przy stukrotnym lewarze
jesteśmy więc w stanie "wykrwawić
na śmierć" nasz
rachunek w kilku
transakcjach i to
przy założeniu, że wszystkie
te transakcje będą - teoretycznie
- neutralne
finansowo. Zjawisko to
nie wystąpi tylko wtedy, gdy
rynek wykona
ruch zgodny z zajętą przez
nas
pozycją.
O ile nie jesteśmy
twórcami genialnego systemu transakcyjnego,
na stosowaniu
przez nas lewaru
zarabia głównie broker.
Jednocześnie, jego ryzyko
jest stosunkowo niewielkie,
albowiem,
gdy wartość
naszego depozytu zejdzie
poniżej pewnej wartości progowej
(stop-out
level),
to broker zażąda
od nas dopłaty do
rachunku (Margin
Call), a w razie jej braku
- zamknie wszystkie albo
niektóre pozycje
na naszym rachunku.
Dlatego - pomimo
faktu, że
pożyczka, jaką stanowi lewar
może pozostawać z wartością
naszych
środków nawet w stosunku
1:100, 1:200 albo
1:400 - przy sprawnym egzekwowaniu
stop-out
level, ryzyko
brokera nie powinno
przekraczać wartości
środków, jakie może pobrać
z naszego
rachunku.
Warto także zwrócić
uwagę na jeszcze jedno niebezpieczeństwo,
jakie
wiąże się z lewarem.
Otóż może się zdarzyć
tak, że na skutek lewarowania
transakcji wartość naszego
depozytu nie
ulegnie wyzerowaniu, ale
stanie
się ujemna. W takiej sytuacji
broker zażąda od nas dopłaty
różnicy, co oznacza, że w
przypadku zastosowania
lewaru
ryzyko inwestora
przekracza
wartość środków
złożonych na depozycie. Stanie
się tak, kiedy praktyczne
wyegzekwowanie stop-out
level
nie będzie możliwe
np. nastąpi
gwałtowna zmiana
wartości instrumentu bazowego
pomiędzy zamknięciem handlu
w piątek, a
jego
otwarciem w poniedziałek.
Wtedy broker
zamknie pozycje nie na poziomie
minimalnego depozytu, ale
po "ujemnej" wycenie
poniedziałkowej i zażąda
od nas wyrównania różnicy.
Istnieją
jednak też platformy gwarantujące,
że klient nie
będzie zobowiązany
do dopłat. Ostatnimi
czasy,
w ramach "OTC
Lite" pojawiły się również
mniejsze od lotów jednostki
transakcyjne: mini-loty (0,1 lota, czyli
10.000 jednostek
danego instrumentu), a nawet
mikro-loty (0,01 lota, czyli
1.000 jednostek
danego instrumentu), dzięki
którym można wejść na rynek
przy zastosowaniu
mniejszego
lewara.
Zawirowania w działaniu
platform elektronicznych
Opisany powyżej mechanizm działania market makerów
powoduje, że w pewnych okolicznościach może powstać sytuacja, kiedy
zysk klienta jest stratą brokera i vice versa: broker zarabia na
stratach swojego klienta. Biorąc pod uwagę, że broker kontroluje
system informatyczny, w którym dokonywane są transakcje tworzy
to dużą pokusę do nadużyć. Powyżej opisane ryzyko nie występuje,
kiedy nasz broker nie jest market makerem, ale działa jako tzw.
Electronic Communications Network Broker (ECN Broker). W tym wypadku
zajmuje się on tylko dostarczaniem infrastruktury technicznej,
na której uczestnicy swobodnie wymieniają się zleceniami i pobiera
opłatę od zawartej transakcji (w ten sposób powstaje więc rynek
podobny do rynków regulowanych, takich jak Giełda Papierów Wartościowych
w Warszawie). Problem polega jednak na tym, że działania brokerów
ECN są trudniej dostępne dla klientów detalicznych, albowiem zazwyczaj
kierują oni swoją ofertę do hurtowych uczestników rynku OTC.
Do żelaznego kanonu "urban myths" inwestorów
foreksowych wchodzi opowieść o tym, że systemy informatyczne, na
których postawiono platformy dla "detalistów" są skonstruowane
w taki sposób, aby uniemożliwiać bądź utrudnić klientowi zarabianie
kosztem brokera, np. zawieszają się w podbramkowych sytuacjach.
Opowieści takie trudno zweryfikować, tym niemniej pozostaje faktem,
że brokerzy zazwyczaj wyłączają w umowach odpowiedzialność za "błędy
w transmisji danych", a z poziomu klienta praktycznie niemożliwa
jest weryfikacja, czy nastąpił błąd czy też transmisja została
intencjonalnie wstrzymana.
Dużo lepiej
udokumentowanym zjawiskiem
są tzw. "bad
ticki",
czyli sytuacje kiedy na
skutek błędów w strumieniu
danych transmitowanych
przez platformę klient
uzyskuje możliwość zawarcia
transakcji
po cenie sprzecznej z racjonalnym
rachunkiem ekonomicznym
brokera. Zazwyczaj brokerzy
zastrzegają sobie prawo
do zablokowania
realizacji zleceń będących
efektem wykorzystania przez
klienta "bad
ticków" oraz cofnięcia
transakcji, które zostały
zrealizowane w ten sposób.
Problem polega na tym,
że nie istnieje intersubiektywnie
weryfikowalna definicja "bad
ticku", co powoduje
ryzyko, że broker będzie
nadużywał tej procedury
do odmowy realizacji niekorzystnych
zleceń. Warto też zauważyć,
że regulaminy
platform nie przewidują
klienckiego "bad ticku",
czyli możliwości cofnięcia
przez klienta transakcji
sprzecznej z jego
rachunkiem
ekonomicznym, co jest kolejnym
przykładem mało rzetelnego
różnicowania sytuacji
brokera i jego klienta.
Nie ulega również wątpliwości, że niektóre platformy
penalizują tzw. "skalpowanie" transakcji, czyli szybkie
zamykanie zyskownych pozycji. Przy zastosowaniu dużego lewara nawet
minimalny ruch instrumentu w korzystnym kierunku może przynosić
duże zyski. Zamiast naiwnie czekać, aż zyski duże zamienią się
w olbrzymie można więc zamknąć pozycję już po kilku minutach od
jej otwarcia (to jedna z bardzo nielicznych korzyści ze stosowania
wysokiego lewaru). Na taktyce takiej traci jednak broker, który
nie jest w stanie zabezpieczyć na prawdziwym rynku OTC transakcji,
jakie dokonuje z brokerem szybko skalpujący klient. Dlatego klienta
czeka "kara" polegająca na spowolnieniu realizowania
jego transakcji, co uniemożliwia błyskawiczne zamykanie pozycji.
Tego rodzaju działania brokerów stanowią klasyczny przykład tego,
w jaki sposób nadużywają oni kontroli nad platformą elektroniczną,
aby uniemożliwić klientom zarabianie.
Trudności z wiarygodnym
ustaleniem wyników transakcji
Kolejna
trudność z jaką musi się zmagać inwestor
indywidualny
na
rynku OTC,
to problem dowodowy,
co do wiążącego
ustalenia, jakich transakcji
dokonaliśmy i jaki jest
stan naszego
rachunku. Wiele platform
ogranicza się do wysłania
swoim klientom
elektronicznych wyciągów
ze stanem rachunku. Jednakże,
aby
wyciąg ze stanu rachunku
został
uznany przez sąd za
dokument niezbędne jest
podpisanie go
przez brokera, albowiem
dokument prywatny
stanowi
dowód tego, że osoba,
która go podpisała, złożyła oświadczenie
zawarte w dokumencie
(art. 245
kodeksu postępowania
cywilnego).
Podpis ten nie może pochodzić
od kogokolwiek ze
strony brokera
(np.
pracownika
działu obsługi klienta),
ale osoby, która zgodnie
z rejestrem
handlowym
jest upoważniona
do składania
oświadczeń
w
zakresie praw i obowiązków
majątkowych brokera (np.
członek zarządu,
dyrektor generalny).
Jeśli chce on cedować ten obowiązek
na pracowników
niższego
szczebla, to
pracownicy ci
muszą się legitymować
odpowiednim pełnomocnictwem
(albo całym ciągiem pełnomocnictw).
Praktyczna
różnica między saldem
nie będącym dokumentem
(niepodpisanym)
a saldem mającym
status dokumentu
(podpisanym) jest zasadnicza:
w sytuacji, gdy podpis
na dokumencie pochodzi
od brokera,
a zaprzecza
on
prawdziwości
złożonego na tym dokumencie
oświadczenia,
ciężar dowodu nieprawdziwości
obciąża
- stosownie
do art. 253 k.p.c.
- brokera. Jeśli
natomiast nie dysponujemy
dokumentem określającym
stan naszego salda,
to ciężar dowodu odnośnie
stanu naszego rachunku
ciążyć będzie
na nas. Ponieważ wszystkie
operacje na platformie dokonywane są w pamięci komputerów, to w
razie sporu z brokerem i braku prawidłowo podpisanych sald będziemy
mieli bardzo duże trudności z udowodnieniem czegokolwiek, może
poza
samym faktem wpłaty
środków na rachunek
brokera.
Jedyny wyjątek
stanowią brokerzy będący
bankami, którzy sald nie muszą podpisywać, albowiem oświadczenia
woli
związane z dokonywaniem
czynności bankowych
mogą być składane
w postaci
elektronicznej.
Powyższe uwagi dotyczą sytuacji, w której umowa
z brokerem podlega weryfikacji na gruncie prawa polskiego, co -
jak wyjaśniam poniżej - nie jest jednak pewne i oczywiste.
Jakie
prawo rządzi zawartą umową i jakie sądy będą
rozstrzygać ewentualne
spory?
Wielu inwestorów nie zdaje sobie sprawy z tego,
jak duże ograniczenie praktyczne w dochodzeniu ich praw może stanowić
wybór sądów albo prawa, który broker narzuca swoim klientom. W
umowach z brokerami zagranicznymi standardem będzie wybór prawa
amerykańskiego albo angielskiego, ale np. dwóch znanych brokerów
narzuca swoim klientom prawo Belize (dawny Honduras Brytyjski).
Belize to oczywiście wyjątkowo atrakcyjne miejsce, jeśli interesuje
nas np. scuba diving (nurkowanie ze sprzętem) albo zwiedzanie ruin
piramid Majów. Gorzej, jeśli zamierzamy tam ulokować duże pieniądze
- Belize należy do najsłabiej zaludnionych państw na świecie, jedna
trzecia ludności żyje w ubóstwie, a kraj słynie z możliwości dyskretnego
zakładania spółek, których stan majątkowy (jak i struktura właścicielska)
nie muszą być precyzyjnie ujawniane w publicznych rejestrach.
Inny,
podobny problem dotyczy
wyboru sądów.
Większość
kontraktów zawiera
nieodwołalne klauzule
poddające spory prawu
obcemu.
Zazwyczaj są to sądy
Stanów Zjednoczonych
albo Anglii
i Walii, ale zdarzają
się wyjątki
(Belize
po raz
wtóry !).
Dla polskiego
konsumenta koszty
sporów przed takimi
sądami
mogą być bardzo
wysokie i
może się okazać,
że nie warto
dochodzić
nawet
słusznych roszczeń.
Ryzyko
niewypłacalności brokera i status
prawny wpłaconych
środków
Ryzyko niewypłacalności
brokera, któremu
wpłaciliśmy środki
stanowi jeden z
najbardziej złożonych
problemów, którego
nie sposób dokładnie
przedstawić bez
wiedzy, w jakiej
jurysdykcji
znajduje
się siedziba
brokera, jakiemu
prawu poddana jest
umowa
z brokerem. Warto
jednak
pamiętać, że takie
zjawisko może wystąpić
nawet w
warunkach
zachowani przez
brokera pełen
rzetelności.
Wśród firm działających na rynku OTC, obok takich
gigantów jak jak UBS Securities LLC (aktywa netto
w sierpniu 2007 r. na poziomie 11,5 mld dolarów) czy Credit
Suisse Securities (USA) LLC (6,5 mld) znajdują się także
firmy które nie mają aktywów netto nawet na poziomie jednego miliona
dolarów albo wręcz powinny ogłosić
upadłość z uwagi na brak środków na pokrycie zobowiązań (w sierpniu
pod kreska znajdowała się American National Trading Corp). Efektem
niedokapitalizowania wielu brokerów jest to, że organizowane przez
nich rynki zamknięte są "płytkie" i ich płynność jest
ograniczona. Ponadto, powstaje ryzyko niewypłacalności brokera,
któremu wpłaciliśmy środki.
W przypadku typowego
brokera środki
te mają jednolity
status z innych
pieniędzmi brokera,
zaś inwestorzy
detaliczni nie
są
chronieni w toku
procedur
upadłościowych
tak jak inwestorzy
domów maklerskich
(inaczej, bardziej
korzystnie dla inwestorów może wyglądać sytuacja jeśli konkretny
broker jest domem
maklerskim albo
bankiem). Wielu
brokerów wprost
zastrzega
w swoich umowach,
ze mogą dowolnie
używać środków
z depozytu
zabezpieczającego
na swoje potrzeby,
w tym także ustanawiać
na
nich
zabezpieczenia,
inwestować je
albo pożyczać.
W
Polsce różnica
ta ma jednak
charakter czysto
psychologiczny,
albowiem
zarządzany przez
Krajowy Depozyt
Papierów Wartościowych
S.A.
(KDPW) system
rekomepensat,
które mają jakoby
chronić inwestycje
klientów
domów maklerskich,
jak dotąd nie
zadziałał
w przypadku upadłości
WGI Domu
Maklerskiego
S.A. Zamożniejsi
klienci wiedzą
jednak, że w
tej sytuacji
lepiej
jest lokować
środki w zagranicznych
firmach
inwestycyjnych,
położonych w
krajach,
gdzie
systemy ochrony
inwestorów
funkcjonują nie
tylko na papierze,
ale
również w praktyce
(warto w tym
miejscu polecić
raport
Komisji Europejskiej "Description
and assessment
of the national
investor compensation
schemes established
in accordance
with Directive
97/9/EC").
Pod względem
bezpieczeństwa
klientów, firmy
te mają więc
zdecydowaną przewagę
nad polskimi
domami maklerskimi
i brokerami na
rynku OTC.
Podsumowanie - kasyno zawsze wygrywa
Większość powyższych
uwag ma charakter
abstrakcyjnych
generalizacji.
Nie
stanowią
one podsumowania
modus operandi
jakiejkolwiek
konkretnej
platformy
elektronicznej,
ale wskazanie
pewnych generalnych
trendów
obserwowanych
na niektórych
platformach.
Choć od każdej
reguły
istnieją chwalebne
wyjątki, tym niemniej
daje się
zauważyć
ogólne
dążenie, aby relacje
między
brokerami a ich klientami
kształtować
w sposób
mało rzetelny. Klienci detaliczni,
skazani
na wysokie lewarowanie
transakcji,
wykrwawianie
rachunków
przez spread
i poddawanie
sporów
jurysdykcji obcych sądów,
częściej
tracą
pieniądze
niż je
zarabiają. Jednocześnie,
wchodząc
na
rynek OTC
nie
rozumieją,
że firmy
inwestycyjne,
które świetnie
zarabiają
na OTC,
zazwyczaj obracają
się
w zupełnie
innym,
hurtowym segmencie
tego rynku,
który
rządzi
się nieco
innymi prawami.
Jakie rozwiązanie powinni stosować klienci detaliczni,
aby minimalizować swoją ekspozycję na ryzyko? Po pierwsze, jeśli
tylko pozwalają na to warunki finansowe, warto jest korzystać z
usług
brokerów
ECN,
a nie zwykłych market makerów (aczkolwiek i wśród brokerów ECN
istnieją oferty różnej jakości). Jeśli zawartość portfela inwestycyjnego
jest na to zbyt szczupła, to
warto korzystać
z usług
największych
market makerów, najlepiej takich, którzy muszą
się liczyć ze swoimi organami nadzoru (banki, domy maklerskie).
Po drugie, należy asertywnie dochodzić swoich roszczeń
i niedopuszczać do nadużywania przez brokerów dominującej pozycji.
Po trzecie, należy uważnie czytać dokumentację przedkładaną przez
brokerów i dostosowywać rozmiary swojej inwestycji do ryzyk z nią
związanych.
Wreszcie, najważniejsze: należy konsekwentnie
żądać od brokerów ujawniania konfliktów interesów pomiędzy
nimi, a ich klientami oraz weryfikować, czy "nasi" brokerzy
posiadają spisaną i przestrzeganą politykę zarządzania
konfliktami interesów w taki sposób, aby ich klienci na
tym nie tracili. To samo dotyczy instytucji zarządzających aktywami
na rynku Forex
- one również powinny wyjawiać klientom istnienie konfliktów interesów,
w tym w szczególności sytuacji, w których działają jako brokerzy
wprowadzający, zarabiając na rachunkach klientów bez względu na
efekt operacji.
Siłą napędową wszelkich nadużyć na rynku kapitałowym
jest ignorancja klientów, dlatego warto również włączać się we
wszelkie inicjatywy
mające na celu badanie jakości usług poszczególnych brokerów.